„Gałgan” (Wrocławski Teatr Współczesny)

Nie jest moim zamiarem pisania recenzji bo krytykiem teatralnym (jeszcze) nie jestem aczkolwiek opinię na własnych użytek mieć mogę – wręcz powinienem… Krytyk z racji definicji słowa „krytyka” powinien chyba wytykać wady tudzież błędy tego co poddaje własnej ocenie…

Wizyta w teatrze jest dla mnie zawsze czymś wyjątkowym – każdorazowo to „niezwykła przygoda”… Wciągany w (s)tworzoną historię ulegam tak realistycznie odgrywanym emocją – naturalnym jest również to, że w trakcie spektaklu nad wieloznaczną głębią wypowiadanych słów chwilę zadumy poświęcić muszę…

Stwarzana otoczka na potrzeby tej jakby nie było rozrywkowej formie spędzania czasu nie jest sensem i celem samym w sobie… Niewątpliwie liczy się treść i uniwersalność przedstawianych widzom myśli…

Te zapisane w przydługawym wstępie słowa nie dotyczą tylko tego konkretnego przedstawienia, a bez wyjątku „każdego”…

A co z tym „Gałganem” – no cóż… Kameralna scena, tylko dwóch aktorów i mało liczna widownia… Ta niemalże klaustrofobiczna atmosfera jeszcze potęguje odbiór przedstawianych treści i dziejących się emocji – dosłownie „na wyciągnięcie ręki” (siedziałem w pierwszym rzędzie).

O czym była sztuka…? O (nie)radzeniu sobie z przeszłością i (nie)umiejętności wymazywania z pamięci tego co boli mimo upływu czasu… Im stajemy się starsi tym wiemy więcej – często wiemy już zbyt wiele, zdecydowanie za dużo… (Nie)radzimy sobie z wiedzą i (nie)świadomością tego co się działo i dzieje, a jest napiętnowane przeszłością… Każdy człowiek mimo iż mogący być świadkiem tych samych wydarzeń co inny ma w sobie istotną tylko dla siebie samego wersję przeszłości… Wypieramy z pamięci lub też bardziej staramy się wyprzeć to co nam ciąży – zamykamy oczy aby nie widzieć… Oczywiście nasze starania okazują się być mało skuteczne – idąc przez życie targamy na plecach „wczoraj”, „przedwczoraj”, miesiące i lata poprzednie… (Nie)zabliźnione rany tylko pozornie przestają krwawić – wystarczy tylko przejechać po nich palcem aby ponownie doświadczyć bólu ich istnienia…

Czy „coś” się zmienia po wyjściu z teatru…? Czy zmienić się „coś” powinno…?

Mimo iż „trochę inna” to wciąż rozrywka… lecz bywa męcząca z racji „mocnych treści” poprzeplatanych jakże żywymi emocjami…

Chwila zadumy nad skomplikowaną strukturą życia i charakterem targających ludźmi emocjami jest chyba najlepszą recenzją…

Reklamy

18 uwag do wpisu “„Gałgan” (Wrocławski Teatr Współczesny)”

  1. Tak, myślę że tak. Ale. … To, co napisałeś „po…” też jest ok. Dawno nie byłam w teatrze… i we Wrocławiu również. Właściwie to wieki temu tam byłam. Ale to miasto, zawsze kojarzy mi się, z kimś, wręcz intymnie mi bliskim. Kimś o kim co jakiś czas myślę i pamiętam. O tej sztuce poczytałam w necie i nie łatwy to „obraz”. A co do tytułu. Każdy z nas, ma w sobie „coś” z przysłowiowego gałgana -》patrz według S.J.P łobuza. Jedni mniej inni więcej, ale każdy „coś” lub „cokolwiek”.. Pozdrawiam i dobrej nocy życzę 🙂

    Lubię to

    1. Nie bywam bardzo często w teatrze ale czasami się jednak udaje… A „Wrocław to miasto spotkań” – tak się kiedyś reklamował… 😉 Sztuka „trudna” ale przyznam, że całkiem dobra mimo iż obecny teatr znacząco różni się od swojego pierwowzoru… Wszyscy jesteśmy gałganami i nic co gałgańskie nie jest mi obce… 😉
      Pozdrawiam 🙂

      Lubię to

                    1. Nieźle wiało więc i fotki marne w przeciwieństwie do tych, które można znaleźć w google… A Świdnica może się pochwalić jeszcze atrakcyjniejszym widokiem z wieży… 🙂

                      Lubię to

                    2. Widok z każdej wieży może zachwycać 🙂 i nie ważna pogoda, widok przestrzeni widzianej MEGA inspirujący JEST. Lubię „wdrapywać się na wieże i wysokości”, bo z góry widać „COŚ więcej” ale mam lęk wysokości muszę dodać 🙂 poza tym mieszkam „w domku na prerii – parterowym” niemal w centrum Wa-wy, to chcę odmiany. Blisko mam do metra, i 10 min drogi samochodem do centrum W-wy. JEDNAK… wokół mnie „busz”, zieleni dużo… i park i LAS 🙂 i most i Wisła i Biały Kościół na Górce 🙂

                      Lubię to

  2. „Z daleka widok jest piękny…”

    Lęk wysokości to naturalne gdy człowiek uświadomi sobie jak wysoko się wdrapał i co mogłoby się stać gdyby dana budowla była mniej solidna – lepiej o tym nie myśleć… 😉

    Prawie zawsze jest „coś za coś” – mieszkanie w centrum ma swoje plusy mając na uwadze dostępność do wszelakiego rodzaju usług ale wszędobylski harmider potrafi męczyć, a nawet stresować… Z drugiej strony mieszkanie w dalszej odległości od miasta jest spokojniejsze ale… wszędzie daleko…

    Z tego co czytam to masz przyjemne miejsce do życia – towarzystwo kojącej zmysły przyrody, a jednocześnie blisko do centrum… 🙂

    Lubię to

  3. z dobrą myślą to i daleko i blisko jest ok 🙂

    dlatego jak się boję, to robię zdjęcia z tych wysokości, i od razu lepiej 🙂

    tak, mam dwa w jednym, i miasto i wieś.

    p.s. ostatnio w trakcie pisania „czegokolwiek i gdziekolwiek”, lecz na pewno nie cokolwiek, i tym bardziej byle jak, zauważam iż moją najczęściej używaną literką jest: „i” 🙂 i to i tamto i tu i tam normalnie z samej siebie z „i” ubaw mam. Grafomanka że hej 🙂 ale co tam… wolno mi 🙂

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s