Wotum (nie)ufności…

Najufniejszymi istotami są dzieci, a „dzieciństwo” to etap trwający zaledwie „pewien czas” – to „stan przejściowy”…

Czym jest (za)ufanie i jak szybko traci na swojej sile…?

W świecie dorosłych buduje się „je” bardzo długo, a utracić „je” można niezwykle szybko…

Na zaufanie trzeba zasłużyć… lecz nawet ten, któremu wydawało nam się, że (za)ufaliśmy może nas rozczarować i już po chwili ufać mu przestajemy…

Czy „nadszarpnięte zaufanie” można (jeszcze) odbudować…?

W pewnym stopniu zapewne tak ale… już nigdy nie zaufamy komuś tak bardzo jak ufaliśmy przed chwilą gdy na zaufaniu pojawiły się wyraźne rysy…

Czy warto ufać innym…?

Oczywiście, że warto – ufać komuś trzeba lecz należy mieć poprawkę na to, że (za)ufanie „nie jest dane raz na zawsze”… wymaga nieustannej pracy, a niekiedy nawet poświęceń – niestety nawet wzajemne starania mogą się okazać niewystarczające – no cóż, takie życie…

Ufny kontra nieufny – Kto i kiedy „wygrywa”…?

Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na powyższe pytanie… chyba nie można w tym kontekście mówić o wygranej lub też przegranej… nie ufając nikomu (po)zostajemy sami i tylko sami, a tego chyba byśmy nie chcieli… lecz z drugiej strony ufając komuś/innym możemy się rozczarować i boleśnie przekonać, że ufać nie powinniśmy…

Ludzie, którym ufamy, ufaliśmy lub też nie ufamy i ufać nigdy nie będziemy to niezwykle złożony temat – niejednoznaczny i poza bielą i czernią obfitujący w wszelakiego rodzaju odcienie szarości…

W temacie (za)ufania należałoby jeszcze zastanowić się nad kwestią (nie)ufania samemu sobie…

Czy bez cienia wątpliwości uznać możemy, że ufamy samym sobie…?

Nikt nas nie zna tak dobrze jak my samych siebie i mając to na uwadze możemy samemu sobie ufać lub przeciwnie – wciąż być nieufnym wobec siebie…

Co jest niezwykle ciekawe – gdy nie ufamy samemu sobie możemy mieć duży problem aby zaufać komuś innemu… lecz bywa, że to właśnie innej osobie ufamy bardziej niż sobie…

Ufajcie innym – lecz tylko w tedy gdy na to zasługują…

Dawajcie innym drugą szansę lecz nie zapominajcie o przyczynach utraty przez nich tej pierwszej…

A tak poza tym „idźcie i bawcie się” bo młodzi jesteście – „młodość musi się wyszumieć”… 😉

Reklamy

18 uwag do wpisu “Wotum (nie)ufności…”

  1. No i widzisz. Dziś akurat trafiłam na taką zgrabnie ujętą myśl, sprowadzającą się do westchnienia, że w dzisiejszym świecie uczciwość stała się miarą naiwności, a szczerość – głupoty. I w dodatku czytam wywiady z Cioranem, a to okrutnie dosadny pesymista :-). Ale do rzeczy. Nie sądzę, że to cecha naszych czasów. To raczej cecha człowieka, najbardziej nieudanego ze stworzeń, jego cecha od zarania stworzenia. Spójrz na psa, kota, królika, krowę – ufa. Ufa bez zadawania sobie pytań, czy warto, kocha bez oceny, czy za gruby do kochania, czy zbyt chudy, czy posiada majątek, czy koncentruje się na wartościach niematerialnych. I bardzo trudno jest w nim tę miłość i ufność zabić, a jednocześnie – wciąż daje szansę, nawet najgorszym draniem. Z człowiekiem jest inaczej. Człowiek statystyczny ze swej ludzkiej natury często jest od początku nieufny. Ja mam chyba taką naturę psa, kota, dziecka – ufam, zbliżam się, kopnięta ponownie będę się łasić, bo kocham z odruchu serca, instynktownie i trudno mnie do zaufania ludziom zniechęcić mimo zbieranych razów.

    Ale mam taką historię w swoim życiu, która pokazuje pewien proces. Chyba dziś mogę o niej już mówić dosyć racjonalnie i bez emocji. Bardzo głęboko ufałam przez wiele lat. I okazało się, że przez te wiele lat byłam bardzo okłamywana, zdradzana, w dodatku – jak to oceniam w miarę obiektywnie – w relacji, którą naprawdę można by uznać za dobrą, gdyby nie odkrycia dokonane w rok po rozstaniu. Ale nawet wtedy, kiedy odkryłam zdradę, kłamstwa, nadużywanie mojego zaufania, wykorzystywanie – w pierwszym odruchu, bardzo instynktownym odruchu moja potrzeba sprowadzała się wyłącznie do rozmowy. I prosiłam o tę rozmowę. Mijał czas, któremu na moje prośby odpowiadało głuche, uparte milczenie. Milczenie dosyć bezwzględne. I ten czas milczenia trwał w mojej ocenie zbyt długo. Na tyle długo, że wystarczył mi na samotne, bezsilne podejmowanie wciąż na nowo prób zrozumienia postępowania drugiego człowieka – po trzech latach wersji wyjaśnienia powstały dziesiątki i to, co dostrzegłam, starając się patrzeć na nie z boku z największym dystansem, na jaki mnie dziś stać, to tendencja do odrzucania z czasem wyjaśnień, które postępowanie tej osoby usprawiedliwiały, wyjaśniały w sposób dla mnie nadal łatwy do zaakceptowania, przyjęcia, przebaczenia, rozgrzeszenia na rzecz tych wyjaśnień, które odbierają temu człowiekowi wszystko, co stanowiło podstawę mojego zaufania do niego, moich uczuć, wiary, naturalnej i instynktownej potrzeby akceptacji i rozgrzeszenia. Czas niestety nie podziałał na korzyść tej osoby, lecz na niekorzyść – pozwolono mi na stworzenie takiego dystansu, z którego trudno jest mi już dziś przywołać dawną instynktowną potrzebę przytulenia i stwierdzenia życzliwie: „zdarza się, rozumiem, wszystko się może zdarzyć, jesteśmy tylko ludźmi”. Dawną instynktowną i odruchową potrzebę przytulenia zastąpił odruch odrzucenia. Bronię się jeszcze przed nią, ale to są resztki dawnej potrzeby chronienia kogoś, dla kogo kiedyś oddałabym nerkę.

    Odbudowanie zaufania jest możliwe. Nadal w to mocno wierzę. Jest jednak jeden warunek – odrzucenie pychy, strachu i szczera rozmowa. Bez tych trzech warunków odbudowanie zaufania nie jest możliwe. Ten czas, jaki damy drugiemu człowiekowi w nadziei, że wraz z jego upływem jego emocje złagodnieją i może za rok, dwa, pięć łatwiej nam będzie podjąć dialog, jeśli przekroczymy cienką granicę, jeśli jej nie dostrzeżemy, jeśli w porę nie przerwiemy milczenia, przestaje działać na korzyść i stwarza dystans, który po wielu latach jest trudno pokonać. Zadawałam sobie pytanie, dlaczego właściwie tak jest, i doszłam do wniosku, że kiedy jedna osoba, czy to z braku dojrzałości, czy z powodu pychy, dumy, czy też strachu lub wyrzutów sumienia (a samodzielnie przecież nie jesteśmy w stanie właściwie tych przyczyn ocenić, jeśli drugi człowiek z determinacją unika dialogu) unika kontaktu, być może licząc na to, że kiedyś tam, kiedy emocje opadną, będzie łatwiej go podjąć nie ryzykując surowej oceny lub odrzucenia, nie dojrzy tego momentu, kiedy dystans przestaje być bezpiecznym dystansem, a staje się przepaścią nie do pokonania, to od tego momentu tę przepaść już trudniej jest zasypać, a czasem staje się to niemożliwe, bo brakuje właśnie tych emocji, których milczący człowiek obawiał się najbardziej w momencie, kiedy jeszcze nadal osobie zdradzonej towarzyszyły.

    Odbudowanie zaufania jest jak najbardziej możliwe. W to nigdy nie zwątpię. Jest jednak miarą naszej dojrzałości to, na ile potrafimy docenić pokładane w nas zaufanie, na ile potrafimy sami sobie zaufać, na ile w pewnym momencie jesteśmy w stanie przemóc się, przełamać lęk lub dumę. To, na ile potrafimy docenić wagę pokładanego w nas zaufania, jest także miara naszego człowieczeństwa. I mam wrażenie, że właśnie to z czasem straciłam – wiarę w człowieczeństwo kogoś, kogo kiedyś uważałam za pięknego człowieka, wyłącznie na jego własne życzenie.

    Polubienie

    1. To prawda zwierzęta są ufne zwłaszcza gdy doświadczyły dobroci ze strony ludzi… lecz te zranione potrzebują długiego czasu aby ponownie zaufać, a gdzieś w głębi zawsze po ich cierpieniu pozostaje ślad… jest w tym wiele analogii do ludzi… oczywiście to prawda, że człowiek z racji swojej natury podchodzi do innych nieufnie – długo się przekonuje, a gdy został kiedyś zraniony to w pełni zaufać już nigdy nie będzie potrafił obawiając się, że ponownie doświadczy bólu…

      W relacjach międzyludzkich rozmowa okazuje się być tym co najważniejsze – tylko dzięki niej można pracować nad daną relacją… problem w tym, że boimy się rozmawiać – zwłaszcza na „trudne tematy”…

      Wybaczyć potrafimy lecz nigdy nie zapominamy… nawet po długich latach wciąż pamiętamy…

      Polubienie

      1. O tym także myślałam. Że jesteśmy, my, gatunek ludzki, sporą odrobinę nielogiczni. Czego tak naprawdę w duchu naprawdę każdy potrzebuje? Rozmowy z drugim człowiekiem. Nawet, jeśli ta rozmowa sprowadza się do pełnego zaufania i zrozumienia milczenia, jeśli jest wewnętrznym porozumieniem, świadomością wewnętrznego porozumienia. A czego jednocześnie najbardziej się obawiamy? Dopuszczenia drugiego człowieka do wnętrza, do swoich myśli, otwarcia przed nim drzwi do własnych wątpliwości, trosk, sekretów – czyli tego, co uznajemy często za zbyt trudne, by samotnie sobie z tym poradzić. A przecież niekoniecznie taka otwartość musi oznaczać przyjmowanie punktu widzenia drugiego człowieka, bywa, że wystarczy poczucie bycia wysłuchanym, możliwość wypowiedzenia swoich trosk i wątpliwości głośno z poczuciem, że ktoś nas słucha, że kogoś to, o czym mówimy, interesuje, że komuś nie jest to obojętne, czyli – że tak naprawdę my sami nie jesteśmy obojętni innym ludziom. Często człowiek postrzega otwartość, ujawnienie własnych myśli jako słabość, a zaufanie drugiemu człowiekowi, obnażenie się przed nim – jako zagrożenie. A przecież gdyby mądra Natura opierała się na przekonaniu, że człowiek poradzi sobie ze wszystkim samotnie i nie musi, lub nawet nie powinien otwierać się przed innymi – nie dostalibyśmy od nich narzędzia, jakim jest zdolność do porozumiewania się, wypowiadania się w rozmowie, na piśmie, za pomocą gestów. Natura jest mądra. Człowiek bywa i mądry, i niemądry, buntując się przeciw naturze i nie korzystając z daru rozmowy.

        Polubienie

        1. Porozumiewanie się jest (chyba) naszą najważniejszą umiejętnością… od samego początku gdy tylko ludzie pojawili się na Błękitnej Planecie (po)czuli potrzebę porozumiewania się – nawet gdy jeszcze nie mówili w sposób jaki my obecnie to starali się ze sobą porozumieć, dogadać, wymieniać poglądy lub też doświadczenia… Istnienie każdej relacji międzyludzkiej jest możliwe jedynie w chwili gdy ludzie ze sobą rozmawiają bo bez rozmowy trudno mówić, że ma się z kimś kontakt… Otwierając się przed innymi ryzykujemy ale „kto nie ryzykuje ten nie żyje” lub też wegetuje gdzieś w samotności pielęgnując w sobie obawę przed wszystkimi i wszystkim… Natura owszem jest mądra – bardzo mądra, często mądrzejsza, a zapewne logiczniejsza od nas ludzi…

          Polubienie

  2. Już i tak się rozpisałam, więc dla większej czytelności dodam. Wtedy, kiedy to odkryłam, pomyslałam o tym jak o ludzkiej słabości, która przecież wszystkim się zdarza. Dziś, po trzech latach bezwzględnego przemilczania wyrażanej wprost potrzeby nawiązania kontaktu, bym mogła to, co odkryłam, zwyczajnie zrozumieć, myślę o tym w kategoriach wyrachowania, cynicznej gry, braku empatii, a nawet socjopatii. Po prostu słabość o wiele łatwiej jest wybaczyć niż cynizm czy wyrachowanie. W dodatku nakłada się na moje postrzeganie świadomość, że skoro ta osoba była w stanie okłamywać mnie przez wiele lat, a następnie milczeć przez kolejne trzy pomimo sygnalizowania, że jestem wciąż gotowa zrozumieć i wybaczyć, co byłoby w mojej ocenie zbawienne nie tylko dla mnie, ale też dla nowej relacji mojego byłego partnera (wydaje mi się, że otwartość i świadomość, że czyjeś poczucie bycia wykorzystanym sprawia ulgę, czyni bardziej spokojnym, a więc i lepszym człowiekiem), to nie mogę wykluczyć, że aktualna partnerka mojego byłego partnera także żyje od trzech lat w atmosferze przemilczeń i półprawd, co dla relacji z pewnością dobre nigdy nie jest. A to ważne, bo sprowadza się do refleksji „on się nie zmienia, nie dorasta, nie dojrzewa”. Sprowadza się do poczucia bezsilności, czasem zaś do wyobrażenia, że być może prawda jest jeszcze trudniejsza do ogarnięcia niż którakolwiek z wersji, które samodzielnie przez ten czas stworzyłam i oswoiłam.

    Pewnego dnia trafiłam w internecie na list mężczyzny, który, jak to opisał, zdradzał i okłamywał dwie kobiety przez dwanaście lat. Z każdą z nich miał dzieci. Wiesz, jaką refleksją podzielił się w tym anonimowym liście? Że po dwunastu latach żałuje, że oklamywał jedną z nich, bo druga „okazała się ladiryndą, która przed każdym rozkłada nogi”. Jak na dwanaście lat, mizerna to refleksja, skoro sam z tego rozkładania nóg ochoczo korzystał i to z jego powodu oklamywał obydwie kobiety. Przy takim tempie myślenia nie wystarczy i pięćdziesiąt lat. Brak wglądu w samego siebie i próba przerzucania odpowiedzialności nadal wskazuje, że stoi w tym samym miejscu, z którego dwanaście lat wcześniej pozornie wyruszył. Czy tacy ludzie zasługują na drugą szansę, skoro nie są w stanie sami sobie dać choćby tej pierwszej? W mojej ocenie to mocno wątpliwe.

    Polubienie

    1. Niestety są ludzie, którzy się nie zmieniają i nigdy nie zmienią mimo najszczerszych starań otoczenia – pozostają takimi jacy byli bo jest im tak łatwiej, wygodniej… ta zatwardziałość i odporność na zmiany wynika z rozrośniętego egocentryzmu i przerośniętego poczucia własnej wartości… bo i po co ma ktoś taki się zmieniać jeżeli czuje się lepszy od innych – niech cały Świat zaakceptuje to jaki jest… w pewnym stopniu to zapewne również niedojrzałość… w przypadku takich ludzi jak człowiek, którego historię przytoczyłaś jestem raczej zdania, że zdecydowanie nie zasługuje na „drugą szansę”… jeszcze inną sprawą są ludzie, którzy wiążą się z kimś kto już kogoś ma – na co takie osoby liczą…? liczą na to, że historia się nie powtórzy…? przyczyniając się do cierpienia zdradzanego partnera są winni i nic ich nie rozgrzeszy…

      Polubienie

      1. A idąc dalej – egocentryzm często bywa formą kompensacji nieujawnionego niedoboru, braku pewności samego siebie, niezdolności do dojrzałej i pogodzonej ze sobą miłości własnej skonfrontowanej z wyobrażeniem na temat oczekiwań stawianym nam przez innych.

        A co do poruszonego wątku – dlaczego ludzie czasem wiążą się z kimś, kto już kogoś ma. W tej konkretnej historii – mojej historii – ja nie wiedziałam, że on kogoś nosi… w głowie? W sercu? W myślach? W tajemnicy?… Nie wiem, gdzie, ufałam, że jest sam. Ona – wydaje mi się, że od pewnego momentu wiedziała, świadczy o tym pewna demonstracja, którą dostrzegłam po fakcie, demonstracja jakby wyliczona na podkreślenie jej przewagi nade mną w dniu, w którym dowiedziałam się, że odchodzi. Przytoczonej w liście tamtego mężczyzny w internecie historii nie znam ponad to, co napisał. Natomiast pamiętam z młodości koleżankę, która twierdziła, że interesują ją wyłącznie zajęci mężczyźni. Twierdziła, że to oznacza, że przeszli już jakiś test „przydatności”, z którego to testu ona ma prawo skorzystać. Postawa jak dla mnie mocno nieetyczna, ale mówiła o niej z otwartością, więc wiem, że takie postawy istnieją :-). Dlaczego więc czasem ludzie wiążą się z kimś, kto już jest zajęty, dlaczego o niego walczą, podczas kiedy nie są nimi zainteresowani, jeśli stwierdzają, że ktoś jest samotny? Bo to zdarza się dosyć często. Bywa, że ktoś latami okazuje drugiej osobie obojętność, a kiedy tylko widzi rywala lub rywalkę, kogoś, kto zainteresował się „zabiegającym o nich obiektem” ich obojętności, zmienia postępowanie i zaczyna o taką osobę walczyć i zabiegać. Sądzę, że wynika to z kilku przyczyn. Po pierwsze – z potrzeby podkreślenia „prawa własności”, utrzymania „stanu posiadania”, wskazuje na przedmiotowe traktowanie takiej osoby i przyznawanie sobie prawa o dysponowaniu nią. Po drugie – z potrzeby utrzymania nad kimś kontroli, która w momencie pojawienia się rywala staje się zagrożona. Po trzecie w końcu – dla wielu osób fakt, że ktoś inny zainteresował się kimś, komu okazywało się obojętność, jest sygnałem, że osoba traktowana obojętnie przedstawia dla kogoś jakąś wartość, a skoro tak, to należy zawalczyć o zachowanie tej wartości. Zwykle jednak te osoby ponownie tracą zainteresowanie „obiektem” (celowo używam takiego przedmiotowego określenia), kiedy rywal zostaje pokonany, a ryzyko straty oddalone.

        Polubienie

        1. Niezwykle skomplikowane i trudne do zrozumienia są powody motywujące jednych ludzi do interesowania się innymi – już „zajętymi”… O motywacji interesowania się osobą już „przetestowaną” kiedyś słyszałem – (ponoć) dla niektórych kobiet obrączka widniejąca na palcu mężczyzny jest „wabikiem” – to ciekawe i trudne do zrozumienia ale… takie sytuacje się zdarzają… O zachowaniach sprowadzających się do zawartego w sformułowaniu „pies ogrodnika” również można by było się dłużej zastanowić… To dziwne, że niektórzy ludzie mimo iż tworzą udany związek to z pewnego rodzaju „zazdrością” spoglądają na związek swojego byłego partnera… Może tą dziwną swoistego rodzaju zazdrość podsycają wątpliwości lub niewygasłe do końca uczucie względem kogoś z kim kiedyś się było…

          Polubienie

          1. Wysłuchałam Cię uważnie. Bardzo miło prowadzić z Tobą rozmowę :-). Wyświetla się, jak widzę, mój drugi adres mailowy i jednocześnie strona, nie dostrzegłam tego wcześniej, ale na szczęście jestem rozpoznawalna 🙂

            Polubienie

  3. I wiesz, tak sobie jeszcze myślę. Jestem w stanie wyobrazić sobie i empatycznie wejść w położenie drugiego człowieka, który na początku znajomości informuje mnie, że przede mną był przez wiele lat z kobietą, którą kochał, z którą się teoretycznie (np. w emocjach, pod wpływem określonych okoliczności, lub z innych względów) rozstał z przekonaniem, że to rozstanie jest ostateczne i nieodwracalne, po czym z tego dystansu, jaki poprzez decyzję o rozstaniu uzyskał, zaczyna się wahać, czy zrobił dobrze. Rozumiem bowiem także, jak silne przywiązanie może mimo wszystko powstać pomiędzy dwojgiem ludzi przebywających razem długie lata oraz to, że człowiek czasem potrzebuje złapać dystans, kiedy pojawiają się wątpliwości, i że taki dystans może złapać czasem jedynie dzięki rozstaniu. Rozumiem także to, że jesteśmy, nawet mimo silnych więzi, nadal jednostkami niezależnymi i suwerennymi i to, że nawet jeśli jedna strona podda swoją decyzję o rozstaniu pod refleksję, ta druga, z różnych względów, wcale nie musi automatycznie chcieć powrotu. W tym czasie, kiedy jedna poprzez stworzony dystans dojdzie do wniosku, że popełniła błąd, odchodząc, druga może kogoś poznać i chcieć z tym kimś chociaż spróbować być, może też podejść do sprawy ambicjonalnie i nie chcieć powrotu do tego, co było. To wszystko jest dla mnie bardzo ludzkie i zrozumiałe. Ale uważam, że dopóki nie jesteśmy do końca pewni uczuć, jakie po rozstaniu żywimy do byłego partnera, nie powinniśmy składać deklaracji uczuciowych innej osobie. Owszem, samotność bywa uciążliwa, ale dorosły człowiek jest w mojej ocenie w stanie ją unieść do czasu, aż się wewnętrznie nie pozbiera, nie poukłada i nie będzie naprawdę gotowy na kolejny związek. Jest naprawdę bardzo dużo uczciwych form relacji pomiędzy ludźmi, które nie wymagają składania deklaracji wykraczających poza nasze możliwości i gotowość: życzliwa znajomość, przyjaźń, nawet erotyka, ale żeby taka relacja mogła być uznana za uczciwą, wymaga otwartego i odważnego wyrażania swoich intencji, obaw, wątpliwości, możliwości i ograniczeń. W przeciwnym wypadku jest nadużyciem. I kończy się poczuciem bycia wykorzystanym. Z perspektywy wiem, że między mną a tym człowiekiem było możliwe wiele różnych uczciwych form relacji, które nawet zakończone nie pozostawiłyby po sobie poczucia wykorzystywania z premedytacją i przedmiotowego potraktowania, co zresztą niejednokrotnie sugerowałam, niejednokrotnie mając wrażenie, że coś nie do końca jest tak, jak być powinno. Ale moje, jak się ostateczne okazało, bardzo zasadne wątpliwości, były usypiane zapewnieniami o uczuciach, przemilczaniem istotnych faktów i zdarzeń, co w ostatecznym rozliczeniu człowieka w mojej wieloletniej, opartej na pełnym zaufaniu ocenie uczciwego i uznawanego za przyjaciela, przekształciło w zdrajcę i oszusta. Nie wiem, jaki w długiej perspektywie ma sens takie postępowanie, które odbiera komuś czyjś wieloletni szacunek i własną godność, dla mnie jest to postępowanie bardzo krótkowzroczne. Ale jeszcze bardziej krótkowzroczne i szkodliwe przede wszystkim dla tak postępującej osoby jest ucieczka przed zmierzeniem się z prawdą o własnym postępowaniu i próba naprawiania błędów przeszłości poprzez wypieranie ich i odcinanie się od nich, bo choć pozornie może nam się wydawać, że odcięcie się od przeszłości i od siebie samego z tej przeszłości jest możliwe, praktyka przyszłości takiej osoby pokazuje, że nie jest. I bardzo rzutuje na jej dalsze losy i kolejne relacje. Bywa, że kończy się rozpadem kolejnych związków, depresją, a nawet samobójstwem. Wyłączam z takiego wpływu wszelkiego typu psychopatów pozbawionych empatii, bo tacy depresji nie mają,’ ale wolałabym wykluczyć możliwość, że siedem lat spędziłam z psychopatą, a jeśli to wykluczę, to oznacza to moją świadomość, że bliska mi jeszcze do niedawna osoba, a więc taka, której los, zdrowie, szczęście i przyszłość nigdy już nie będą mi zupełnie obojętne, nie ma tu znaczenia, czy bylibyśmy razem, czy osobno, nadal wyrządza sobie i komuś kolejnemu krzywdę. Głupie to, ale czasem nie mamy wpływu na to, że ktoś upiera się wyrządzać sobie krzywdę. Ktoś, kto pozwala nam zbliżyć się do siebie i sobie zaufać, czyni nas nieobojętnym na swój los, czy sobie tego w przyszłości będzie życzył, czy nie.

    I tak to jest. Dobrej nocy.

    Polubienie

    1. Najuczciwiej byłoby tworzyć „nowy związek” dopiero po całkowitym zakończeniu „starego” – to tylko piękna teoria, która niestety nie zawsze wprowadzana jest przez ludzi w życie… Oczywiście człowiek nigdy nie usunie z pamięci osób, które na jakimś etapie jego życia były mu bliskie – mimo upływu nawet długiego czasu może czuć do nich sympatię ale… kochanie dwóch osób na raz jest oszukiwaniem każdej z nich, a przy tym oszukiwaniem samego siebie… i zadać by można było sobie i innym pytanie: Dlaczego ludzie się ranią…? Dlaczego się oszukują i zdradzają…? Czy naprawdę nie szkoda na to życia…? Jeżeli związek się nie układa i mimo usilnych starań nie można go naprawić – uratować to lepiej go zakończyć niż zdradzać i oszukiwać… oczywiście przyzwyczajenie jest silnym spoiwem łączącym ludzi i może się okazać wystarczającym (po)mimo zaniku miłości… lecz jeżeli to nie wystarcza to lepiej odejść i poszukać czegoś innego niż oszukiwać innych i siebie samego… Niestety nie wszyscy ludzie tak robią i wielu w przyszłości robić tak nie będzie…

      Pozdrawiam serdecznie.

      Polubienie

      1. Uczciwie mówiąc, mnie zdarzyło się być w równoległej relacji. Bardzo, bardzo krótko, po kilkunastu latach bardzo trudnego małżeństwa, z którego nie potrafiłam odejść bez bodźca z zewnątrz, bez pewności, że nie odejdę w próżnię, w nicość. Ta relacja pojawiła się na samym końcu mojego małżeństwa i po podjęciu całego multum prób ratowania związku, włącznie z przeprowadzką do Wrocławia (mieszkałam we Wrocławiu rok). Człowiek, który był dla mnie taką ostateczną motywacją do podjęcia decyzji o rozstaniu z mężem, zniknął z mojego życia, zanim domknęłam sprawę rozwodu, ale kiedy już czułam, że odejdzie, poprosiłam go, by powstrzymał się jeszcze przez chwilę, zanim nie poinformuję o tym byłego męża. Trwała zaledwie chwilę i była moją jedyną „zdradą”, ale – nie wchodząc w szczegóły – nie mam prawa tej zdrady żałować, bo moje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej i raczej nie skończyłoby się to dla nikogo dobrze, ani dla mnie, ani dla moich dzieci. Wtedy jednak byłam o wiele młodsza niż dziś i jeszcze wtedy ani niezbyt pewna tego, kim jestem, jaka jestem i jaką przedstawiam sobą wartość.

        I to prawda, nie można twierdzić, że kocha się dwie osoby jednocześnie, nie okłamując w jakimś sensie samego siebie. To kwestia terminologii. Do jednej możemy czuć co najwyżej pociąg fizyczny, z drugą czuć więź duchową, przywiązanie, mieć w jednej relacji interes, czuć się zobowiązanym lub czerpać z niej korzyść lub przyjemność, albo zostawać w niej ze strachu przed samotnością, lub z braku samodzielności – ale równoległa głęboka miłość w takim pojmowaniu, w jakim ją po latach ujmuję i której niezbędnymi dziś dla mnie elementami są odpowiedzialność, lojalność, uczciwość, szacunek i godność, w stosunku do dwóch osób równolegle raczej nie jest możliwa.

        Tego w mojej ocenie uczymy się poprzez doświadczenia, ale najważniejsze – byśmy doświadczeń nie unikali i byśmy wyciągali z nich takie wnioski, które w każdej kolejnej relacji te niezbędne elementy miłości nam uświadamiają i je pogłębiają. Poprzez naukę miłości do drugiego człowieka człowiek uczy się kochać samego siebie, poprzez naukę miłości do samego siebie – uczy się kochać innych. Bywa jednak i tak, że mimo kolejnych doświadczeń nie uczy się niczego.

        Polubienie

        1. Bywa, że małżeństwo kończy się jeszcze przed formalnym rozwodem… można z kimś mieszkać ale tak naprawdę żyć obok siebie… rozwód na skali mogących się pojawić sytuacji stresowych jest bardzo wysoko i najczęściej generuje wiele cierpienia… im dłużej trwa małżeństwo tym trudniej z niego zrezygnować, a obawa pozostania samemu bywa niekiedy trudną do pokonania – pomocni w takich sytuacjach okazują się inni ludzie, a zwłaszcza Ci, którzy człowieka potrafią zrozumieć… ludzie są niezwykle skomplikowanymi i nieprzewidywalnymi istotami – część z nich gdy związek się kończy szukają pomocy w objęciach kogoś innego, a inni wybierają samotność lecz bywa, że sami sobie zaprzeczamy i ten kto nie wyobrażał sobie nowego związku bardzo szybko ma kogoś innego, a ten kto teoretycznie nie potrafił być sam wybiera samotność… Jesteśmy nieprzewidywalni i samych siebie potrafimy zaskoczyć…

          Pociąg fizyczny i więź duchowa czasami się rozmija – w idealnym Świecie i idealnym związku podążają razem ale… (niestety) nie zawsze jest idealnie… (niestety) to prawda, że możemy kogoś kochać głęboką miłością, a fizycznie atrakcyjniejszy wydaje nam się ktoś inny lecz decyzja co z tym zrobimy jak zwykle należy do nas samych ponownie jak konsekwencje podjętej decyzji…

          Uczymy się całe życie i nawet gdy nasze życie dobiegnie końca nie będziemy mogli być pewni, że posiedliśmy wystarczającą wiedzę o życiu, a nawet jeżeli to już nam to się do niczego nie przyda… to smutna konkluzja ale… co zrobić – takie jest życie… gdybyśmy jeszcze mieli kilka żyć i mieli możliwość wykorzystać wiedzę i doświadczenie z poprzedniego… lecz czy aby na pewno uniknęlibyśmy błędów…(?) możliwe, że popełnilibyśmy inne lub nawet te same…

          Polubienie

  4. Postawię przed Tobą taką kwestię jako przykład na różnicę pomiędzy możliwością odbudowania zaufania do kogoś w dwóch różnych sytuacjach.

    Otóż wyobraź sobie sytuację, w której kobieta poznaje mężczyznę i na początku znajomości prowadzą oni rozmowę, z której wynika, że poprzednia partnerka tego mężczyzny była o dziesięć lat od niego młodsza. To, że taka informacja pojawia się na początku znajomości, na etapie zbliżania się do siebie i poznawania, jest niezwykle istotna.

    Mija siedem lat i pewnego dnia mężczyzna, który przez te siedem lat deklarował swoją niechęć do posiadania dzieci, informuje z dnia na dzień, bez żadnego uprzedzenia czy choćby drobnego gestu zdradzającego jego prawdziwe intencje, informuje tę kobietę, że odchodzi, bo postanowił jeszcze ułożyć sobie życie i mieć dziecko. Kobieta uważa tego mężczyznę za przyjaciela, sama ma dwoje dzieci, wie, jakim dobrem jest dla człowieka posiadanie dzieci i pomimo naprawdę trudnych okoliczności na przemyślenia pełne empatii dla tegoż mężczyzny i jego decyzji, stara się tę decyzję zrozumieć i zaakceptować.

    Rozstają się, przy czym mężczyzna deklaruje kobiecie chęć podtrzymania relacji w formie przyjaźni czy też życzliwej znajomości twierdząc, że jest sam, że matki dziecka na tym etapie jeszcze nie ma, że dopiero zamierza jej poszukać, a nie chce tego robić, będąc z kimś związanym. Ale kiedy kobieta próbuje nawiązać z mężczyzną telefoniczny kontakt, ten odrzuca konsekwentnie próby połączenia, co stawia jego deklaracji pod znakiem zapytania. I ten znak zapytania w głowie kobiety rośnie, ale mężczyzna odmawia kontaktu.

    Mija kilka miesięcy. Kobieta, nie mając żadnego kontaktu z mężczyzną, z którym była przez siedem lat, wrzuca jego nazwisko do wyszukiwarki, by dowiedzieć się, czy żyje, czy ma pracę, czy zgodnie z zapowiedzią wrócił do rodzinnego miasta – z życzliwej ciekawości to robi, w końcu nie rozstała się z człowiekiem jej obojętnym. I w wyszukiwarce znajduje informację, która burzy cały porządek rzeczy – okazuje się, że odchodząc, mężczyzna był związany z byłą partnerką, teoretycznie byłą od wielu lat. Tą, która miała być zgodnie z informacją uzyskaną od mężczyzny na początku znajomości, młodsza od niego o dziesięć lat. Skoro więc porządek rzeczy został w takim stopniu zburzony, kobieta najpierw zwraca się w liście do byłego partnera, by, skoro już sytuacja się wydała, poświęcił jej zgodnie ze swoimi deklaracjami przyjaźni chwilę na rozmowę lub choćby na wyjaśnienie pewnych wątpliwości w liście. Ale mężczyzna przemilcza ten list. Ten i kilka kolejnych. Wobec tego kobieta postanawia sama na własną rękę poszukać informacji. I znajduje informację, zgodnie z którą była partnerka jej byłego partnera jest o osiem lat starsza, niż wynikałoby to z informacji uzyskanej od mężczyzny na początku znajomości.

    Wyobraź sobie teraz, jaki takie odkrycie ma wpływ na możliwość zaufania. Gdyby rzeczywiście okazało się, że była partnerka jest o 10 lat od mężczyzny młodsza, to nie pojawia się aspekt irracjonalnego kłamstwa na samym początku znajomości mężczyzny z kobietą. Bo czym może być podyktowane wprowadzenie nowej partnerki w błąd w tak pozornie nieistotnej kwestii, jaką jest wiek byłej partnerki?

    Gdyby była partnerka rzeczywiście była młodsza od mężczyzny o dziesięć lat, kłamstwo sprzedane jej na koniec o tym, że odchodząc po siedmiu latach mężczyzna jest sam, można uznać za efekt strachu przed konsekwencjami ujawnienia prawdy o prowadzeniu przez pewien czas równoległego życia i próbą pozostawienia po sobie możliwie jak najlepszego wrażenia w niezbyt sprzyjających pozostawieniu dobrego wrażenia okolicznościach. Ale jeśli okazuje się, że relacja na starcie została oparta na tak irracjonalnym kłamstwie, kobieta zadaje sobie setkę kolejnych pytań: co z tego, co słyszała przez te siedem lat od mężczyzny, było prawdą, a co kłamstwem? Może w rzeczywistości nie był z byłą partnerką przez osiem lat? Może nie ukończył szkół, o których opowiadał? Może jest kompletnie kimś innym niż ktoś, za kogo się podawał przez siedem lat?

    Takie pozornie nieistotne kłamstwo podważa zaufanie do każdego słowa, jakie padło w trakcie tych siedmiu lat. I nie mając możliwości nawiązania z byłym partnerem relacji, kobieta nie ma żadnej szansy poznać prawdy na temat tego, jak w rzeczywistości wyglądała jej relacja z partnerem i z kim właściwie przez te siedem lat żyła. Czy gdyby się z nim po latach spotkała i zadała mu jakiekolwiek pytanie, wobec tego kłamstwa, od którego zaczęła się ich wieloletnia znajomość, ma szansę uwierzyć choćby w jedno słowo, które padłoby z ust mężczyzny, pragnącego to zaufanie odbudować?

    Kłamca ma bardzo trudne zadanie. Boi się przyznać do prawdy, więc brnie w kolejne kłamstwa. W pewnym momencie nie ma już szansy, by zawrócić. I tak w efekcie przeżywa nie swoje życie i wciąga w to nieprawdziwe życie kolejne osoby, które stają na jego drodze. I coraz bardziej utrudnia sobie możliwość odzyskania zaufania, o ile jej w pewnym momencie zupełnie nie zaprzepaści.

    Dobrego dnia.

    Polubienie

    1. Życie w chronicznym kłamstwie to patologia ale jednocześnie udręka dla kłamiącego – oczywiście nie użalam się nad etatowymi kłamcami, a wręcz przeciwnie… takich ludzi powinno się zamykać w zakładach zamkniętych i odizolowywać od innych aby nie ranili ludzi i żyli sobie w swoim własnym wykreowanym dla własnych potrzeb mikroświecie…

      Kłamstwa wcześniej czy później ale zawsze wychodzą na jaw – wijący się w kłamstwie wcześniej czy później ale się czymś zdradzi… problem w tym, że w efekcie cierpią niewinne osoby – najczęściej te, które zdecydowanie na to nie zasługują…

      Rozpoczynając znajomość od kłamstwa chyba nie mamy nawet prawa liczyć na to, że będzie to związek udany i szczęśliwy…

      Kłamca ostatecznie (po)zostanie sam jak przysłowiowy palec… nawet gdy już dotrze do niego refleksja, że robił źle może być już za późno… jeżeli sprawiedliwość istnieje to każdy kłamca powinien ponieść karę – problem w tym, że życie nigdy nie było, nie jest i nie będzie sprawiedliwe…

      Pozdrawiam i miłego dnia życzę.

      Polubienie

  5. Tak, ja też jestem o tym przekonana. Jeśli zaczynamy relację od kłamstwa, to z każdym dniem pozostawania w kłamstwie pogrąża nas w nim coraz głębiej i z każdym dniem, który w mojej ocenie powinno się po prostu uznać za stracony bezpowrotnie, trudniej jest wydobyć się z niego na powierzchnię i wyjaśnić drugiemu człowiekowi swoje pobudki bez ryzyka odrzucenia. Pewnego dnia spotkałam się na kawie z człowiekiem, który przez trzy lata był w relacji z kobietą, utrzymującą, że jest wdową. Po trzech latach ta kobieta zdobyła się na odwagę i szczerość i wyznała (być może pod wpływem szczerego i autentycznego uczucia, jakie przez te trzy lata się w niej wobec tego mężczyzny zrodziły, a więc także – pod wpływem zaufania do niego) i przyznała się, że jest mężatką, a mąż w więzieniu odsiaduje wyrok. Niestety, był to szok dla tego mężczyzny tak silny, że ją odrzucił od razu, nie słuchając wyjaśnień i argumentów, a trzy lata uznał za stracone. Takie doświadczenie może dla tej kobiety okazać się bezcennym darem, pod warunkiem, że jej uczucie było autentyczne, a więc i autentyczna była jej strata – często poczucie głębokiej straty jest pierwszym i najważniejszym impulsem do radykalnej zmiany postawy wobec życia. Miejmy taką nadzieję 🙂

    Nadal podziwiam sposób, w jaki prowadzisz dialog z drugim człowiekiem. Cenna uważność i otwartość, bez oceniania. Dziękuję. Miłego wieczoru.

    Polubienie

    1. Bardzo trafny i prawdziwy wniosek z przytoczonej przez Ciebie historii – aby poczuć głęboką stratę, która w efekcie może stać się czynnikiem inicjującym zmianę postawy względem życia i innych ludzi… może dopiero „coś” takiego potrafi ludzi „otrzeźwić” – może taka sytuacja w przyszłości zaprocentuje i sprawi, że ludzie zaczną inaczej spoglądać na partnera doceniając to jaki jest i sam fakt, że jest…

      Nie ma nic cenniejszego od dialogu z innym człowiekiem, a zwłaszcza w miejscu takim jak to…

      Pozdrawiam serdecznie i miłego dnia życzę 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s