Moje życie – moja sprawa…(?)

Niestety nie zawsze „nasze życie jest (tylko i wyłącznie) naszą sprawą” bo… no właśnie „bo”… niezliczona liczba przepisów, nakazów, zakazów, przykazań mniej lub bardziej moralnych i „wzbierająca krytyka”, która tym większa im bardziej się staramy i więcej robimy…

Twoje życie – Twoja sprawa…(?)

A gdy ktoś o Twoim życiu decydować zaczyna – mówiąc co Ci wolno, a czego Ci nie wolno… gdy ktoś w pewnym stopniu na Twoje życiowe decyzje wpływać zaczyna – z pewnością nie od dzisiaj zapędy pewnych ludzi w tym kierunku usilnie zmierzają – to nie ma końca, a i początku próżno szukać…

Oczywiście w pewnym uproszczeniu powinno być tak, że „moje życie – moja sprawa” ale… niestety nie zawsze ów zależność jest tak prosta i oczywista…

„Życie z ludźmi” – w społeczeństwie wymaga poświęceń – wszelakiego rodzaju kompromisów, z którymi miewamy mniejsze lub większe ale jednak problemy – w pewnym stopniu buntujemy się lecz z ów buntu najczęściej niewiele wynika…

To dzięki Rodzicom istniejemy i mamy szansę, okazję, sposobność aby żyć lecz bardzo często to właśnie Ci wszyscy, którzy naszymi Rodzicami nie są, a mimo to chcą i starają się na nasze życie wpływać i „je” w pewnym zakresie za nas kształtować…

Najlepiej, a przy tym najrozsądniej byłoby gdyby każdy zajął się swoim życiem, a gdy jego własne jest zbyt ubogie to zawsze może je wzbogacić i uatrakcyjnić – niczym nieograniczony jest wachlarz możliwości jakie daje nam życie… Wydaje się to niezwykle proste i oczywiste, a mimo to wielu ludzi wybiera „strategię życia życiem innych” – często wchodząc z ubłoconymi butami do życia innej osoby lub też nawet osób…

Zadać można by było sobie i innym pytanie – Jak jałowe, miałkie i mało ciekawe musi być życie ludzi, którzy (przesadnie) interesują się życiem innych…?

Oczywiście wszyscy, a przynajmniej większość interesuje się życiem innych ludzi lecz gdy ów zainteresowanie wypełnia (zbyt) wiele czasu i wysiłku pojawić się powinny liczne pytania o „kondycję własnego życia” z (wyraźnym) naciskiem na to czego nam brakuje, a czego szukamy w innych jako ekwiwalent naszych własnych braków lub niedociągnięć…

W dostrzeganiu w ludziach wad i uwypuklaniu popełnionych przez nich błędów jesteśmy mistrzami, a swoje własne bagatelizujemy lub przynajmniej staramy się ich nie widzieć…

Od egocentryzmu nie uciekniemy ale… możemy „go” w pewnym stopniu rozcieńczyć…

Możemy, a nawet powinniśmy interesować się innymi ludźmi ale… niech ów zainteresowanie będzie zdrowe – zamiast zazdrościć innym inspirujmy się tym co osiągają, zdobywają i jakimi są ludźmi…

Uczymy się całe życie, a najlepszymi nauczycielami są inni ludzie – Ci wszyscy, których w ciągu życia spotkaliśmy, spotykamy i spotykać będziemy…

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Moje życie – moja sprawa…(?)”

  1. Trochę jednak życiem innych interesować się należy. Po pierwsze – to tak naprawdę od innych uczymy się żyć. Bez interakcji, podpatrywania, obserwacji, przenikania się nawzajem trudno zrozumieć życie, bo najwięcej uczymy się dzięki doświadczeniu i czujnej obserwacji – to one rodzą empatię, wrażliwość na innych. Mam starszych, o wiele starszych od siebie sąsiadów, samotnych od wielu lat i często, kiedy wchodzę po schodach mijając ich drzwi zastanawiam się, czy jeszcze żyją. Czasem martwi karteczka tkwiąca zbyt długo w drzwiach sąsiada, który mieszka sam z psiakiem – zapukać i zapytać, czy wszystko ok? A co, jeśli tego nie zrobię, co, jeśli pewnego dnia okaże się, że powinnam, zanim zrobiło się za późno? Oddycham z ulgą, kiedy widzę ich po kilku dniach na spacerze.

    Z drugiej jednak strony, poruszyłeś ważny temat – pokusę rodziców, by kształtować dzieci na własną modłę, realizować poprzez potomstwo swoje własne niezrealizowane pragnienia i potrzeby. Pamiętam, jakim bolesnym procesem było moje uwalnianie się od wpływu mamy, która – jak ufam, z autentycznie czystych intencji, choć w mojej ocenie z nieco mylnie pojmowanej miłości z dosyć dużą determinacją bardzo długo usiłowała mi układać życie. To było nie tylko bardzo uciążliwe, ale do pewnego momentu miało przemożny wpływ na to, jak to moje życie się potoczyło. Na szczęście w pewnym momencie dorosłam do tego, żeby konsekwentnie pozwalać sobie na to, by żyć po swojemu, nawet jeśli czasem obydwie naprawdę nas to bolało. Dziś jest ok, dziś moja autonomia jest w pełni uznawana i szanowana, ale trzeba było ze stanowczością wyznaczać granice i być uważnym, by raz wyznaczonej granicy nie pozwalać przekraczać, a niezgoda mamy na to przy jednoczesnym autentycznym zadziwieniu, że jej nie słucham (zabawne, ale tego posłuchu oczekiwała ode mnie nawet po mojej czterdziestce) wymagała naprawdę sporo pracy nad sobą. Jestem jednocześnie bardzo wdzięczna własnej intuicji, która zazwyczaj podpowiadała mi, by tego, co dla mnie samej w procesie wychowania mnie przez mamę było bolesne i przykre, unikać w procesie wychowania moich córek. Pozwalać im na dokonywanie własnych wyborów, na popełnianie własnych błędów, na doświadczanie na własnej skórze konsekwencji tych błędów. Moje córki zarzucały mi czasem, kiedy jeszcze były młodsze, że za mało interweniuję. Dziś wzrasta ich poczucie wdzięczności za sporą autonomię, która pozwala im te błędy popełniać i wyciągać własne, indywidualne wnioski. To oczywiście nie jest proces zamknięty, on trwa właściwie przez całe nasze życie, bo choć dziewczyny metrykalnie są już dorosłe, nadal na równi lgną prosząc czasem o radę, jak przeciwko radom się buntują. Ale wyleczyłam się z bycia wujkiem dobra rada. To otwiera je na prawdziwą przyjaźń. Przyjaźń to nie zawsze poklepywanie się po plecach. To czasem bolesna szczerość. I tak powinno w niej być, jeśli ma być uczciwa i prawdziwa.

    Lubię to

    1. Interesowanie się innymi w zakresie i charakterze, o którym wspominasz jest oczywiście jak najbardziej wskazane i pozytywne – ma się rozumieć w rozsądnym zakresie… cienka i trudna do zauważenia bywa niekiedy linia dzieląca zdrowe zainteresowanie innym człowiekiem, a ogólnie pojęte „wścibstwo” – każdy indywidualnie podejmuje decyzję jak daleko się posunie – podobnie jak w przypadku każdego człowieka zainteresowanie nim samym może być różnie odbierane…

      Rodzice postępują według różnych strategii wychowania – wykazują się nadopiekuńczością lub przeciwnie – w niewielkim stopniu interesują się poszczególnymi płaszczyznami życia swojego dziecka… najlepsza jak zawsze jest strategia wypośrodkowana – mistyczny „złoty środek” – trudny do osiągnięcia ale gdy ludzie się starają to mogą wokół niego krążyć i się do niego zbliżać…

      Niezależnie od wszystkiego co się dzieje pozostawać wsparciem dla dziecka lecz ukrócać swoją nadopiekuńczość i zapędy realizowania się poprzez dzieci… generalnie spełnianie się poprzez dzieci jest chyba jednym z najgorszych modeli wychowawczych… każdy jest osobowością, która powinna mieć możliwość kształtować swoje życie zgodnie z własnym planem i na kształt tego czego od życia chce i pragnie… wyznaczanie granicy Rodzicom bywa problematyczne, a niekiedy nawet bolesne i to dla obu stron lecz jest konieczne – im szybciej do tego dojdzie tym lepiej…

      Abyśmy zawsze się szanowali i potrafili na tyle na ile jest to możliwe zrozumieć…

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s