Obsesyjne szukanie szczęścia…

Może nie wszyscy ludzie ale z pewnością większość, a tak naprawdę to jednak wszyscy nastawieni są i wyczuleni na (skuteczne) „poszukiwanie szczęścia”…

Ze skutecznością oczywiście bywa bardzo różnie ale… nasz radar nieustannie nastawiony jest na „szerokie pasmo odbioru szczęścia”…

(Po)mimo ambitnych planów, wyrafinowanych strategii wciąż „nie znamy dnia ani godziny”, w której „grom z jasnego nieba” zmieni nasze myślenie o życiu – zakładając, że nasze postrzeganie życia pewnej zmiany wymaga, a najczęściej w jakimś zakresie mimo wszystko wymaga…

Czy musi się wydarzyć „coś” niezwykłego…?

Czy okoliczności muszą być ku temu nad wyraz sprzyjające…?

Nie…

Jednak nie…

Nie zawsze…

To znaczy zaistnienie konkretnych okoliczności może bardzo ułatwić nam sprawę ale… nawet bez fajerwerków możemy postrzegać własne życie mianem niezwykłego cudu, którego jesteśmy uczestnikami…

Postrzeganie życia przez optymistę i pesymistę powinno nam dawać do myślenia – zazwyczaj życia takich osób nie różnią się znacząco, a mimo to każdy dzięki odmiennemu podejściu i postrzeganiu otaczającej go rzeczywistości wraz z tym wszystkim co go spotyka „żyje inaczej”…

Wraca niezaprzeczalna prawda o ludziach i ich życiu – jak nie wszystko to z pewnością bardzo wiele zależy od podejścia – nasze życie „wygląda” tak jak „je” odbieramy i jak do „niego” podchodzimy…

„Szklanka do połowy pełna czy jednak szklanka do połowy pusta…” (?)

Jednego dnia postrzegamy ją mianem pustej, a innego pełnej – na przestrzeni czasu postrzeganie również może ulec zmianie…

A co z tym szczęściem…?

Czym jest…?

Jak się je wywołuje i do siebie przywołuje…?

Chroniczne szczęście to utopia – piękna teoria, która nie ma przełożenia na realne życie…

Bez kontrastu (prze)różnych stanów emocjonalnych nawet nie mielibyśmy świadomości, że jesteśmy szczęśliwi…

Nasze życie musi być wielobarwne, a wachlarz odcieni szarości nie może być ograniczony…

Nie poprzestaniemy na tym co mamy, na tym jacy jesteśmy i na tym jak wygląda nasze życie – będziemy wiecznie szukać bo „zawsze może być lepiej”, a nasze życie zawsze może być szczęśliwsze…

Jesteś szczęśliwy…?

Jeżeli tak to ciesz się własnym szczęściem ale… miej świadomość tego, że tan stan (niestety) nie będzie trwał wiecznie… wszystko w naszym życiu nacechowane jest chwilowością, a my sami „żyjemy na kredyt”, który kiedyś trzeba będzie spłacić…

Już „czuć w powietrzu wiosnę” – to tak niewiele, a mimo to może wystarczyć aby na naszej buzi zagościł uśmiech mogący się stać początkiem zmiany postrzegania własnego życia…

„Szczęście zapisane jest w naszym DNA” – warto o tym pamiętać i nie bronić się przed jego codziennie zauważalnym wpływem…

Zamiast komentarza pozostaw uśmiech i obdaruj nim jeszcze kogoś innego… 🙂

Advertisements

16 uwag do wpisu “Obsesyjne szukanie szczęścia…”

  1. Jestem szczęśliwym człowiekiem. Mam szczęście do ludzi, wspaniałych przyjaciół i znajomych, których znam często jeszcze z liceum, te znajomości ciągną się ponad dwadzieścia, a nawet w niektórych przypadkach ponad trzydzieści lat, mam dwie naprawdę piękne córki, przepiękne nie tylko ciałem, ale też duszą i umysłem, mam za sobą wartościowe związki, z których każdy wniósł do mojego życia wiele niematerialnych wartości istotnych w moim systemie wartości, mądrości, ważnych doświadczeń, pięknych wspomnień, nauki ważnej na przyszłość, jestem zdrowa, mam obydwoje rodziców, sprawnych i dynamicznych pomimo podeszłego wieku, mam pracę, którą lubię, jestem zdrowa, mam setki książek na półkach i setki w mobi, mam farby w pudełku i ściany do entuzjastycznego zamalowywania, kiedy mnie ogarnia malarska pasja, mam książkę do napisania, mam dach nad głową, czerwone wino w piątki, dobrą muzykę, psiaka, który mnie kocha, sympatycznych sąsiadów, fajnych kolegów w pracy, a w dodatku idzie wiosna. Jak mogłabym na coś narzekać? :-). W dodatku wiem, że mam osobistego Anioła Stróża, który bardzo o mnie dba, bo nawet jeśli mi się zdaje, że zostałam z czymś sama, okazuje się, że nie, że ktoś wciąż nade mną czuwa 🙂

    Lubię to

    1. Gdyby każdy potrafił tak spoglądać na swoje życie to Świat byłby miejscem, na którym żyliby ludzie zadowoleni ze swojego życia, a ich szczęście zarażało by innych… niestety większość „tego” nie potrafi – większość skupia się na brakach, błędach uwypuklając wady zamiast skupić się na tym co w życiu piękne i wyjątkowe… Większość ma z tym problem i nie potrafi się tego nauczyć co nie znaczy, że zmiana podejścia do życia nie jest możliwa… Nigdy nie jest za późno aby zmienić swoje życie lub przynajmniej zmienić do niego nastawienie… Przecież życie samo w sobie jest cudem największym z możliwych… 🙂

      Lubię to

  2. Absolutnie nigdy nie jest za późno, nigdy, dopóki żyjemy. Ale żeby do tego dojść, naprawdę należy nie bać się doświadczania, także, a zwłaszcza tego, co może się okazać bardzo bolesne. Jeśli boli, to znaczy, że odczuwamy i żyjemy, jeśli boli, to znaczy, że gdzieś występowało w nas źródło potencjalnej choroby, która poprzez ból daje nam sygnał, że powinniśmy tym obszarem się zająć, przewartościować pewne rzeczy, spojrzeć na nie raz jeszcze, a zwłaszcza na samych siebie spojrzeć naprawdę uczciwie. Uczciwie, bez wypierania źródeł bólu w nadziei, że w ten sposób się go uniknie, bo się go w ten sposób nie uniknie, a jedynie odroczy. Jak to mówią, od samego siebie się nie ucieknie, choćby człowiek wyruszył na koniec świata w nadziei, że to rozwiąże jego problemy. Nie, z problemami należy się mierzyć. Z wyobrażeniami, iluzjami, wyobrażeniami – należy je weryfikować nawet, jeśli to oznacza czasowo cierpienie. Cierpienie uszlachetnia, mówią. No może nie do końca da się to tak zgrabnie i krótko mówiąc, cierpienia zadawane nam przez innych niekoniecznie są drogą do szlachetności, ale ja bym się najpierw przyjrzała, do jakiego stopnia do tego cierpienia teoretycznie zadawanego nam przez innych sami się przyczyniliśmy. Na co pozwoliliśmy. Do czego dopuściliśmy. Gdzie pozwoliliśmy przekroczyć nieprzekraczalne granice. Czego nie dostrzegliśmy, na co świadomie przymykaliśmy oczy, co bagatelizowaliśmy, w co zwątpliśmy, kiedy się poddaliśmy i dlaczego. I takie podejście do samego siebie ogranicza wpływ innych na nasze poczucie szczęścia, bo poczucie szczęścia ma sporo wspólnego z poczuciem posiadania wpływu na kształt własnego życia, jego jakość, na nasze decyzje i wybory. A kiedy uświadomimy sobie, że coś było naszym wyborem, że nie byliśmy bezradnym listkiem na wietrze, ale człowiekiem, który na coś innym pozwolił, to otwieramy przed sobą drzwi do kolejnej prawdy: skoro JA na coś pozwoliłam, to także JA następnym razem mogę na to nie pozwolić. Mam więc na to wpływ. I drzwi do drugiej prawdy: skoro JA się na to godziłam, to znaczy że to JA musiałam gdzieś dostrzegać korzyść w tym, że się na coś godziłam. A skoro tak, to powinnam się zastanowić, co to takiego było, na czym mi zależało i co dostawałam godząc się na coś innego i docenić fakt, że to dostawałam, bo widocznie było to dla mnie wtedy ważniejsze niż wszystko inne. A skoro było to dla mnie ważne wtedy, to znaczy, że powinnam być za to wdzięczna. Po trzecie w końcu – nie żyjemy pod czyjeś oczekiwania i wyobrażenia o tym, jak powinniśmy żyć, kim powinniśmy być, co powinniśmy mieć, żeby czegokolwiek komukolwiek dowieść. To my określamy to, kim chcemy być, co chcemy mieć i co powinniśmy robić, żeby nadal być ze sobą szczęśliwi i z siebie zadowoleni. Dam przykład. Pracuję na wysokim stanowisku. Zgodnie z oczekiwaniami mamy powinnam mieć wypasione auto, wielkie mieszkanie lub dom, bogatego faceta – w jej ocenie wtedy będę szczęśliwa. Jestem w teatrze, w przerwie odbieram telefon od mamy. Pyta, z kim jestem w teatrze. Mówię, że sama. „Oj, dziecko, tak mi przykro”. „Nie ma powodu, mamo, jestem bardzo zadowolona, że mogłam tu przyjść sama, to mój wybór”. „Ale tak sama? Ja chciałabym, żebyś była szczęśliwa!”. „No to dobrze, mamuś, to jestem, masz powód do zadowolenia i poczucia ulgi”. „No nie wierzę ci”. „No to nie mój problem, kochanie”. „Córeczko, masz takie małe mieszkanie, a tyle zarabiasz, powinnaś mieć większe”. „Nie potrzebuję większego, mamuś, większe mieszkanie to więcej sprzątania, niepotrzebne kąty, moje mieszkanie jest w sam raz i odpowiada moim potrzebom” „Ale mogłabyś mieć dom”. „Tak, i trzy tysiące kredytu miesięcznie, i stres, że jak stracę pracę, to nie będę miała jak go spłacać, to mieszkanie jest moje i mi wystarcza”. „Ale ludzie uważają…”. „Nie obchodzi mnie, co uważają ludzie, mamuś”. „Dlaczego nie kupisz samochodu?” „Bo sama z samochodu zrezygnowałam, lubię jeździć metrem i tramwajem, ma dwie godziny na czytanie książek”. „Ale twój brat ma samochód”. „Skoro potrzebuje, to go ma, ja nie potrzebuję”. Wiesz, wyobrażenia innych o naszym szczęściu, takie tam :-). Ja mam własne wyobrażenie o swoim szczęściu i to mi w pełni do szczęścia wystarcza 🙂

    Lubię to

    1. Życie to niezwykle trudna sztuka wyboru – dotyczy to wszystkich płaszczyzn naszej ziemskiej egzystencji – również związków i wszelakiego rodzaju relacji z innymi ludźmi… podeszłaś do tej kwestii bardzo dojrzale i niezwykle wartościowe są Twoje słowa… w nawiązaniu do Twoich słów chciałem tylko wtrącić myśl, która naprawdę mnie denerwuje jeżeli chodzi o związki ludzi… niepojętymi są dla mnie słowa wypowiadane przez ludzi w chwili kończącego się związku: „Straciłem/straciłam z Tobą x lat (ewentualnie słowa – straciłem/straciłam z Tobą najlepsze lata swojego życia)… według mnie wypowiedzenie takich słów gorzej świadczy o osobie ów słowa wypowiadającej niż o tej drugiej stronie… W kontekście takich słów zadać można by było kilka pytań: Po co trwałeś/trwałaś w związku, który z założenia był stratą czasu…? Był to związek na „przeczekanie”…? A może wyrachowanie w najczystszej postaci…? Oczywiście ludzie w emocjach potrafią wypowiedzieć różne słowa ale… są chyba granice… no chyba, że ich nie ma…(?) 😉

      Prawdziwe, a tym samym najistotniejsze i jedyne, które realnie ma znaczenie szczęście musi wypływać z nas samych – szczęście zdecydowanie jest w nas, a nie w tym wszystkim co nas otacza… Jak sama trafnie piszesz – posiadasz to czego potrzebujesz i nie ma najmniejszego znaczenia to co sądzą o tym inni… jeżeli ktoś zagalopował się w ciągłej potrzebie posiadania więcej i więcej ma do tego prawo ale… nie powinien spoglądać przez ten pryzmat na innych… Tak naprawdę nie ma znaczenia to na co nas teoretycznie stać lecz to czego realnie potrzebujemy… Ludzie bardzo lubią oceniać innych i doszukiwać się w nich odstępstw o reguł, zasad czy utartego wzorca… Nie potrzeba wypasionego samochodu ani nawet willi z basenem aby być szczęśliwym… Są ludzie niezwykle bogaci, a mimo to nieszczęśliwi lecz jednocześnie spotkać można osoby ubogie, a mimo to szczęśliwe i zadowolone ze swojego życia… Gdyby bogactwo gwarantowało szczęście to nigdy i żaden bogaty człowiek nie cierpiałby na depresję, a tym bardziej nigdy nie targnął by się na swoje życie… Umiar w dążeniu do zaspokojenia ludzkiego nienasycenia jest chyba jednym z fundamentów szczęścia… 🙂

      Lubię to

      1. W tej kwestii, którą dodałeś, o poczuciu straty lat spędzonych z byłym partnerem, ja jeszcze niestety układam sobie w głowie własny do tego stosunek. Niby minęły trzy lata, a ja miewam poczucie straconych lat, niestety. Ale wyjaśnię Ci, dlaczego. Bardzo kochałam tego człowieka, naprawdę bardzo. Chciałam z nim być nie z powodu tego, co miał, nie interesowało mnie, co miał, byłam z nim z przekonania, gotowa dzielić z nim moje życie i obdarowywać. Ja bym go nigdy nie porzuciła, byłam tego w stu procentach pewna i były między nami sytuacje, które to weryfikowały. Natomiast to poczucie straty mam wobec jego stwierdzenia, że będąc ze mną „nie czuł się bezpiecznie”, że „miał wrażenie bycia porównywanym”, wobec faktu, że przez, jak sądzę, ponad trzy lata ciągnął dwa równoległe związki. Mam wobec takiej postawy wrażenie, że skoro mnie nie kochał, skoro nie czuł się bezpiecznie, skoro czuł się niekomfortowo, to albo powinien o tym ze mną rozmawiać otwarcie i nie godzić się na coś, co sprawiało ten dyskomfort, jestem przekonana, że skorygowałabym swoje postępowanie, bo na jego komforcie bardzo mi zależało, albo powinien odejść wcześniej i nie powinien zabierać mi czasu, który w tej sytuacji powinien w pełni poświęcić uczciwie tej drugiej kobiecie, i oszczędzając mi na koniec poczucia rozczarowania, bycia okłamywaną, utraty zaufania do siebie, bo szkoda, wielka szkoda, mogliśmy tę relację utrzymywać na innej płaszczyźnie, przyjacielskiej, zdrowej, pozbawionej manipulacji, a ja mogłam mieć przynajmniej szansę nie czuć się wobec niego w jakiś taki bezcelowy sposób zobowiązana i lojalna w stopniu wykluczającym otwarcie się na relację z innym człowiekiem. On w mojej ocenie wiedział, że nigdy ze mną nie będzie, że mnie okłamuje, ale nie dał mi takich samych praw jak sobie – zdecydować w tej sytuacji o pogłębianiu tej relacji., prawa do decydowania w oparciu o jej prawdziwe szanse na przyszłość. On doskonale wiedział, że nasza relacja nie ma szans, a jak stwierdził, mówił, że mnie kocha, bo „gdyby nie mówił, to rozstalibyśmy się wcześniej”. Z jednej strony owszem, odczuwam wobec niego wdzięczność za tę miłą i spokojną obecność, za wsparcie, jakie mi okazywał, za to, że pozwolił mi na poczucie, że w moim życiu jest ktoś dla mnie ważny, jestem mu wdzięczna za to, że mogłam kochać, ale z drugiej – nadal nie potrafię pojąć, dlaczego wybrał kłamstwo w miejsce uczciwego postawienia sprawy. Wiem, że byłam jedynie alternatywą. Ale jeśli tak, to zadaję sobie kolejne pytanie: dlaczego ta, którą kochał, będąc ze mną, kazała mu na siebie tak długo czekać. Nadal mam sporo wątpliwości. Do odczuwania pełnej wdzięczności nie czuję się nadal gotowa, nadal czuję się oszukana, nadal mam poczucie wykorzystania, posłużenia się mną, przedmiotowego potraktowania, odebrania mi prawa do dokonywania wyborów opartych o fakty, wszystko dlatego, że choć na początku proponowałam głębszą refleksję nad naszą relacją, on mnie nie chciał posłuchać i pozwolił mi brnąć w coś, o czym sam wiedział, że nie ma przyszłości. Później zresztą – także nie chciał mnie słuchać.

        Lubię to

        1. Jest mi szkoda tych lat w tym sensie, że przez czyjś upór i niedojrzałość straciłam przyjaciela, choć gdyby mnie posłuchał, mogłam mu być naprawdę za tę wieloletnią przyjaźń głęboko wdzięczna bez tych przykrych wątpliwości, a przecież wiem, że potrafił być oddanym przyjacielem i wystarczyło poprawnie to zdefiniować, wystarczyło więcej dojrzałości z jego strony, odrobinę więcej pewności siebie i szacunku dla nas obydwojga, i w tym sensie, że skoro to z jego punktu widzenia nigdy nie miało przyszłości takiej, o jakiej przy jego pełnej tego świadomości marzyłam (niejednokrotnie mówiłam mu, że chcę się przy nim zestarzeć), to powinnam to wiedzieć. I być może to niczego by nie zmieniło, może nie poznałabym nikogo, może i tak nadal bym go kochała, ale nie pojawiłoby się między nami jego kłamstwo, które na mojej wdzięczności nadal kładzie się głębokim cieniem i bardzo mi ją utrudnia.

          Lubię to

          1. Kłamstwo bardzo skutecznie podważa wartość tego co było – gdy człowiek przez jego pryzmat zaczyna spoglądać na to co się działo zadając sobie jednocześnie liczne pytania podsycane wątpliwościami… Co było prawdą, a co było kłamstwem…? To ciekawe, że dojrzałość mimo iż zwyczajowo łączy nam się z wiekiem nie zawsze jest z nim realne związane… Nie dziwię Ci się, że szkoda Ci tych lat lecz pozytywnym jest to, że dostrzec potrafisz w tym minionym czasie mimo wszystko „coś” co miało pewną wartość – oczywiście mogło, a tak naprawdę powinno być inaczej lecz niestety nie masz na to wpływu „bo do Tanga trzeba dwojga” – zaangażowanych w zbliżonym stopniu ludzi potrafiących się wzajemnie szanować… Nie szanując partnera stawiamy pod dużym znakiem zapytania szacunek do siebie samego…

            Lubię to

        2. Ta sytuacja, która Cię spotkała jest bardzo trudna i mimo iż zostałaś bardzo zraniona to jednak spoglądasz na nią dojrzale dostrzegając różne jej aspekty – niewielu ludzi potrafiłoby dostrzec jakieś pozytywne cechy osoby, która tak ich potraktowała… Źle, a przynajmniej niewłaściwie zakończył się Twój związek lecz mimo to dostrzegasz pewne pozytywne strony czasu gdy trwał – właśnie to mam na myśli… przecież nikt nas nie zmusza abyśmy z kimś byli, a tym samym trwając w związku musi w nim być „coś” co stanowi o jego wartości, a tym samym gdy dobiega końca najgorszym jest chyba to gdy uznajemy ten czas mianem zmarnowanego bo stawia to pod dużym znakiem zapytania znaczenie czasu, który upłynął, a czas jest najcenniejszy i warto się starać aby go nie marnować – nikt nam go nie (z)wróci… Człowiek, którego spotkałaś na swojej drodze i spędziłaś z nim pewien czas żył w kłamstwie, a wydaje mi się, że ludzie będący chronicznymi kłamcami gdzieś w głębi są bardzo nieszczęśliwi… „Ludzi można oszukać ale siebie samego człowiek nigdy nie oszuka…”

          Lubię to

  3. A, i jeszcze taki jeden klucz. Celowo napisałam „pracuję na wysokim stanowisku”, a nie przykładowo „jestem dyrektorem”. Pracuję na wysokim stanowisku, a jestem człowiekiem. Ten człowiek pracował w swoim życiu na bardzo różnych stanowiskach, niższych, wyższych, znowu niższych, znowu wyższych, raz specjalistycznych, raz projektowych, raz recepcyjnych, raz dyrektorskich, ale za każdym razem był człowiekiem, a nie dyrektorem, specjalistą, asystentką czy recepcjonistką. Zajmował różne stanowiska, a nawet bywał przez pewien czas bez pracy, ale nadal pamiętał, że jest tylko i aż człowiekiem i tym człowiekiem był bez względu na stanowisko, które zajmował. I wobec tego dbał o to, by przede wszystkim zaspokajać potrzeby człowieka, który jest i od którego zależy szczęście i dobro najbliższych, a nie potrzeby dyrektora, asystentki, recepcjonistki, bo to są stanowiska, mnie określa wyłącznie to, jakim człowiekiem na nich jestem i jakim człowiekiem pozostaję, kiedy je tracę lub z nich rezygnuję. To pozwala patrzeć na siebie z godnością i nie uzależniać swojego poczucia godności od tego, czym się akurat zajmuję. Znam cudownych bezdomnych i dyrektorów beznadziejnych jako ludzie, znam fantastyczne panie sprzątające i prezesów nie wartych uwagi. Kiedy człowiek determinuje swoje człowieczeństwo stanem posiadania, tytułami, stanowiskami, tracąc je, czuje się mniej wart, jakby tracił istotną część samego siebie. Moje podejście do życia po pierwsze sprawia, że z szacunkiem odnoszę się do każdego człowieka bez względu na jego stanowisko, pod warunkiem, że nie przestaje być człowiekiem i nie rezygnuje z człowieczeństwa, po drugie – sprawia, że tracąc stanowiska lub wartości materialne, nie ubolewam nad tym, bo zachowuję to, co stanowi sens mojego życia: samą siebie. Tobie chyba nie muszę takiego podejścia zalecać, bo mam wrażenie, że myślisz podobnie, tak się po prostu dzielę tym, co mnie czyni człowiekiem szczęśliwym 🙂

    Lubię to

    1. Z tak zdrowym podejściem do „stanowisk” niestety większość ludzi ma problem… jesteśmy ludźmi niezależnie od tego czym się w życiu zajmujemy – każdemu należy się taki sam szacunek niezależnie od „stanowiska”, majątku ani osiąganych sukcesów… Na „życiowy sukces” wpływa bardzo wiele czynników – czasami mimo najszczerszych chęci i ciężkiej pracy brakuje przysłowiowego szczęścia – takie jest życie… Lecz tak naprawdę największym sukcesem jest pozostanie człowiekiem niezależnie od tego kim się jest i co się w życiu robi lub też co udało się w ciągu życia zgromadzić…

      Lubię to

  4. Tak Ci powiem jeszcze na koniec mojego dzisiejszego długiego wywodu, że ja wcale nie jestem taką gadułą zawsze i wszędzie. Wbrew pozorom, jestem właściwie mocno introwertyczna i gadam mało :-). Ale Twoje podejście jest fajne i wyzwala we mnie chęć pogłaskania siebie samej po głowie w Twojej obecności, bo czuję bratnią duszę. Ludzie często nie lubią takich, jak ja. Takich naprawdę spontanicznie szczęśliwych. Wydaje im się to często podejrzane, naciągane, nieszczere, a jeśli już uwierzą, że ktoś naprawdę jest w tym autentyczny, przyklejają mu łatkę bufona i zarozumialca. Naprawdę wielu osobom trudno jest uwierzyć, że gdyby tylko odwiązali się od oczekiwań innych względem własnego życia oraz gdyby naprawdę przestali uzależniać poczucie szczęścia od „mieć”, to poczuliby się wolni i autentycznie szczęśliwi. Ty reagujesz inaczej. Nie przyglądasz mi się nieufnie, nie atakujesz, nie krytykujesz, nie krzywisz się, a wręcz przeciwnie, mówisz, że to fajne podejście. No bo jest fajne, sam o tym wiesz najlepiej, że jest :-). I to mnie otwiera na dialog i na te spontaniczne wyznania :-). Czuję pokrewną duszę, bez oczekiwań, a po prostu z radochą 🙂

    Lubię to

    1. Czasami sami siebie po głowie pogłaskać powinniśmy – wszak to my samych siebie znamy najlepiej, a gdy odbicie osoby widzianej w lustrze się do nas uśmiecha nie powinniśmy powstrzymywać się przed odwzajemnieniem tak szczerego uśmiechu… nasza dusza też czasami do nas przyjaźnie mruczy… 🙂

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s