Czy ceną za wolność jest samotność…?

„Pełnia wolności” (nie) istnieje… teoretycznie istnieć zapewne może ale… tylko teoretycznie… Co nam po teorii w świetle jej bolesnej weryfikacji z „prozą życia”…?

Czym jest wolność…?

Możliwością robienia wszystkiego co się chce i kiedy się chce…? Brakiem jakichkolwiek zewnętrznych ograniczeń…?

A może jednak wolność to „coś” innego…?

Jeżeli tak to co…?

Wolnością jest to wszystko co pod pojęciem wolności rozumiemy – czyli wszystko i nic zarazem… każdy definiować może „ją” inaczej…

Ludzie w mniejszym czy też w większym stopniu ale… w pewnym zakresie nas ograniczają – samo myślenie o nich jest pewną formą ograniczenia, a tym samym braku (pełnej) wolności…

Czy „zniewolone myśli” stawiają pod znakiem zapytania kryteria jakie muszą zostać spełnione abyśmy byli „w pełni wolni”…?

Ludzie wraz z tym wszystkim na co nam pozwalają i to czego nam z jakiegoś powodu lub czasami nawet i bez powodu zabraniają…

Czyli jedynym sposobem aby być w pełni wolnym jest samotność…?

Możliwe, że to jedyny sposób…

Lecz czy warto „w imię wolności” ponieść tak wysoką cenę jaką jest samotność…?

Każdy indywidualnie musi odpowiedzieć sobie na to pytanie i wybrać wszakże życie jak wiadomo jest niezwykle trudną sztuką wyboru…

Najczęściej wybieramy brak pełnej wolności w imię życie z ludźmi i wśród ludzi…

„Życie pustelnicze” wybiera znikomy odsetek ludzi co nie znaczy, że takich osób nie ma – są ale… ich nie widzimy… funkcjonują gdzieś „na marginesie” z dala od innych – wyłącznie w zgodzie samym sobą i w symbiozie z przygodą…

Mimo wad, komplikacji i pojawiających się konfliktów potrzebujemy do życia innych ludzi – to znaczy (przeważająca) większość potrzebuje…

Jeżeli chodzi o wolność to warto się również zastanowić nad ograniczeniami jakie nakładamy na samych siebie… to, że inni nas ograniczają to jedno ale… sami sobie (skutecznie) wolność odebrać potrafimy…

Od ludzi uciec możemy ale… od samych siebie nigdy nie uciekniemy…

Prawdziwa i najcenniejsza wolność jest w nas samych…

Abyśmy byli wolni musimy tego chcieć pokonują swoje własne ograniczenia będące słabościami, z którymi nie zawsze potrafimy (skutecznie) walczyć…

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Czy ceną za wolność jest samotność…?”

  1. A czy nie wydaje Ci się, że człowiek, który przywiązuje się do swojej suwerenności, niezależności i skazuje się tym samym na samotność, nie pozostaje ubezwłasnowolniony poprzez własną potrzebę suwerenności i niezależności? Nie narzuca sobie w ten sposób najbardziej kosztownego ograniczenia, jakim jest izolacja od innych, od ich zdania, potrzeb, poglądów, zobowiązań, które mógłby wziąć na siebie, gdyby uwolnił samego siebie z kajdan niezależności i wolności, o którą tak zabiega?

    Mnie wolność najbardziej kojarzy się z poczuciem, że dokonując wyborów i podejmując decyzje jestem gotowa brać za nie pełną odpowiedzialność i nie przerzucać jej na nikogo w przypadku niepowodzenia, innego niż spodziewany efektu mojej decyzji. To w mojej ocenie daje poczucie największej wolności – oddala poczucie, że inni sterują naszym życiem, ster oddaje w nasze ręce, a to dodaje pewności siebie, czyli – wolności. Jeżeli tym wolnym wyborem jest samotność, nie jest ona odbierana jako koszt, lecz jako wybór, pożytek, korzyść większa niż przebywanie wśród ludzi. Jeśli wybór uwzględnia kompromis, współpracę – to też rezygnacji z własnych pożytków nie traktujemy w takiej sytuacji jako kosztów, lecz jako inwestycje.

    Lubię to

    1. Spoglądając na kwestię wolności pod tym kontem to prawda, że można by było uznać, że wewnętrzny imperatyw nakazujący nam suwerenności i niezależność stać się może swoistego rodzaju zniewoleniem – tym samym słowa sprowadzające się do stwierdzenia „Pełnia wolności nie istnieje” stają się tym bardziej prawdziwe… chyba nigdy nie byliśmy i nie będziemy w pełno wolni… „Pełnia wolności” to chyba jednak utopia…

      Inwestycji w swoim życiu podejmujemy bardzo wiele – każda relacja z innym człowiekiem jest swoistego rodzaju inwestycją, a co gorsza każda taka inwestycja obarczona jest znacznym ryzykiem… generalnie nasze życie można by było przyrównać do gry hazardowej – decyzja, ryzyko, konsekwencje, ewentualnie koszty, a wszystko wzbogacone wątpliwościami i doprawione emocjami…

      Dokonywanie wyborów i podejmowanie decyzji, a w efekcie ponoszenie konsekwencji swojego postępowania to spełnia kryteria wolności lecz czy aby na pewno zawsze decydujemy tak jak realnie chcemy…? Jednak w pewnym stopniu nasze decyzje i wybory są zdeterminowane mniej lub bardziej dobitnym wpływem ludzi, z którymi i wśród których żyjemy… Chyba każdy kiedyś doszedł do przemyśleń, że „gdyby” nie on/ona/oni/inni możliwe, że postąpiłby inaczej…(?)

      Wolność w pełnym tego słowa znaczeniu (chyba) jednak nie istnieje, a może problemem jest jedynie prawidłowe ów pojęcia definiowanie…(?)

      Lubię to

  2. Jeżeli pojmiemy wolność w kategoriach braku przymusu do robienia czegokolwiek, to taka wolność jest utopią, owszem. Musimy zawsze coś, choćby oddychać, żeby żyć. Ale jesteśmy wolni. Możemy wstrzymać oddech na tak długo, że odbierzemy sobie życie, pod warunkiem, że naszą wolą jest umrzec, tylko po co nieboszczykowi wolność? 🙂

    Często zadaję sobie pytanie: czy jestem zadowolona ze swojego życia. Ale nie równoznaczne z pytaniem: czy nic mnie nigdy nie boli, nie dokucza, nie doskwiera, czy niczego mi nigdy nie brakuje, lecz – czy jestem zadowolona ze swojego życia mimo iż czasem coś mnie boli, coś dokucza, coś doskwiera, czegoś mi brak, czy akceptuję je właśnie takim, z bólem, brakiem, czasami niedostatkiem. I jeśli odpowiedź na to pytanie brzmi: tak, to znaczy, że jestem wolnym człowiekiem, bo moje życie odbieram jako moje własne, jako konsekwencję moich własnych decyzji i wyborów. Pewnie, że gdzieś tam za rogiem jest coś lepszego, być może. Jeśli mi tego zabraknie lub będę chciała sprawdzić, czy jest lepsze – pójdę za róg. Ale nie idę i nie sprawdzam, dopóki to, co mam, jest tym, co mam i co mnie cieszy, bo to, co jest za rogiem, jest jedynie obietnicą, to, co mam, jest już częścią mojego świata.

    Tak sobie czasem patrzę przykładowo na ludzi, którzy z jednej strony z kimś są, z drugiej – są w tej relacji bardzo nieszczęśliwi i nieustannie na nią narzekają. Mam ochotę wtedy powiedzieć: jeśli nie czujesz się z tym kimś dobrze, odejdź, zwróć wolność jemu i sobie. Ale jeśli to powiem, to spotkam się z oburzeniem, protestem, zarzutem, że ingeruję w czyjeś wolne wybory, więc skoro ten ktoś jest z kimś i narzeka, to znaczy, że w jego definicji wolności mieści się narzekanie na partnera i ma do tego pełne prawo, jest wolny, a moja wolność wobec niego polega na tym, by w tej sytuacji nie dawać mu w mojej ocenie dobrych rad, bo co dobre dla mnie, niekoniecznie dobre dla niego. Natomiast sama lubię posłuchać, co myślą na pewne tematy inni. Kiedyś dzięki jednemu krótkiemu zdaniu, które usłyszałam od koleżanki, uwierzyłam w to, że jestem wolna i mam prawo podejmować decyzje nie spełniając oczekiwań innych w sytuacji, która mocno mi dokuczała. Nigdy nie żałowałam decyzji podjętej w chwili, kiedy poczułam się wolna po raz pierwszy.

    Lubię to

    1. Nieboszczykowi raczej wolność się nie przyda… 😉 no chyba, że dopiero będąc nieboszczykiem stajemy się w pełni wolni…(?) ale kto by chciał takiej wolności…(?)

      To co mamy, kim jesteśmy i miejsce, w którym jesteśmy jest realne, prawdziwe i namacalne, a gdzieś tam „za rogiem” teoretycznie może być „coś” lepszego ale… tylko teoretycznie… zbyt duże jest prawdopodobieństwo utraty tego co mamy w imię tego co niepewne mimo iż kusi… są ludzie, którzy rezygnując tego co mają poddając się swojemu nienasyceniu i wciąż szukając „czegoś” lepszego – może to zając całe życie, a niedoścignione wciąż niedoścignionym pozostanie…

      Ludzie o których wspomniałaś, a mianowicie ci wszyscy, którzy narzekają na związek w którym trwają chyba często należą do grona osób, które niezależnie od tego jak wyglądałoby ich życie to zawsze będą potrafili dostrzec w nim wady… jestem podobnego zadania jak Ty – jeżeli związek jest z jakiegoś powodu i pod jakimś względem dysfunkcyjni i człowiek źle się w nim czuje to powinien starać się go naprawić/naprawiać, a jeżeli to nie przynosi zadowalających rezultatów to powinien go zakończyć bo poco się wzajemnie męczyć i marnować to co mamy w życiu najcenniejsze czyli czas… osobiście popieram rozwody i rozstania mimo iż najczęściej takie sytuacje są uznawane mianem porażki to jednak według mnie to znacznie mniejsza strata niż trwanie w „czymś” co źle funkcjonuje i nie daje nam radości, satysfakcji i szczęścia… no chyba, że komuś wystarcza budowane przez długie lata przyzwyczajenie do drugiej osoby – tak też można ze sobą żyć – wszystko jest kwestią wyboru…

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s