Sztuczna wersja siebie samego…

Na deskach „teatru życia” rozgrywa się sztuka, w której każdy gra pewną rolę… role mogą się zmieniać, a bywa, że jeden bohater odgrywa ról kilka – lawirując pomiędzy nimi mniej lub bardziej umiejętnie…

W domu – jedna rola…

W pracy – inna rola…

W towarzystwie Rodziny – jeszcze inna rola…

W towarzystwie Przyjaciół – rola odmienna od pozostałych…

W samotności – brak roli – jesteśmy „prawdziwą wersją siebie samego” – nie musimy nikogo grać i nie musimy odgrywać żadnej roli…

Czy tylko w samotności jesteśmy sobą i tylko sobą…?

TAK, tylko w samotności… A czy miałeś jakiekolwiek wątpliwości, że jest inaczej…?

Oszukujemy wszystkich odgrywając jakąś rolę będącą w pewnym stopniu zbieżną z tym czego się od nas oczekuje…?

W pewnym stopniu TAK ale… spokojnie robimy to najczęściej bezwiednie – nie jesteśmy aż tak wyrachowani – to znaczy bywamy, a niektórzy nie tylko bywają bo są częściej niż rzadziej…

I jak żyć w Świecie, w którym nigdy nie możemy do końca być pewni tego czy dana osoba realnie jest taką jaką ją postrzegamy…?

Nie jest to proste ale… nikt nie mówił, że będzie prosto…

Gdyby nie nasze do ogrywania ról zapędy zapewne byłoby łatwiej i z pewnością lepiej…

Oszustwa, zdrady, krętactwo, wymuszone okolicznościami „sztuczne uśmieszki”…

Zachowań bazujących na odgrywaniu pewnych ról jest niezliczona liczba…

Nigdy nie jesteśmy sobą…?

Oczywiście, że jesteśmy ale… tylko „gdzieś w głębi siebie” – prawdę o sobie dostrzegamy spoglądając w przysłowiowe lustro… na światło dzienne nasze „prawdziwe Ja” najczęściej się nie wydostaje, a gdy z jakiegoś powodu wychyli głowę to konsekwencje tego bywają (prze)różne…

Najczęściej nie mówimy tego co myślimy, a gdy w wzburzeniu lub też emocjach powiemy to przychodzi nam za to płacić – często bardzo wysoką cenę…

Tak naprawdę żyjemy w świecie kłamstw, kłamstewek, półprawd – w rzeczywistości budowanej na fundamentach celowego mijania się z prawdą…

A czy można żyć inaczej…?

Można ale… obierając taką drogę o trwałych relacjach z innymi ludźmi możemy chyba jednak zapomnieć… bo ile wytrzymać mogą ludzie zachowań odbiegających od przyjętych standardów i słów wypowiadanych „prosto z mostu” okraszonych mniej lub bardziej konstruktywną krytyką…

„Zanim coś powiesz, ugryź się w język” – czyli nie mów tego co realnie myślisz czyli jakby niebyło skłamać musisz bo tak trzeba, bo tak wypada, bo tak musimy…

A jeżeli zdanie masz odmienne od rozmówcy swojego to dobrze się zastanów czy chcesz je wypowiadać – czy Ci się to opłaca i czy konsekwencje tego nie będą zbyt wysokie…

Finał jest taki, że gramy, rozgrywamy i się z innymi ludźmi w tej zabawie jaką jest życie w jakimś stopniu zgrywamy…

Wyświechtane pustosłowia – „Byś sobą i tylko sobą”, „Prawda jest najważniejsza”, „Nawet najgorsza prawda jest lepsza niż kłamstwo”…

Czy aby na pewno…?

Czy zawsze…?

Pojawiają się pewne wątpliwości – maluteńkie, niemal znikome ale… jednak się pojawiają…

Advertisements

6 uwag do wpisu “Sztuczna wersja siebie samego…”

  1. No, nie, kompletnie nie tak. Jestem dokładnie taka sama w domu, w samotności, jak publicznie w necie, w pracy, w towarzystwie, w rodzinie. Co oznacza, że nie wszystkim i wszędzie się podobam, nie w każdej sytuacji się zgadzam lub zamiast zaprzeczyć, milknę, co oznacza, że mama ma problem z wyciągnięciem mnie do towarzystwa przy stole, bo po swojemu wolę zaszyć się w cichym pokoju i spokojnie poczytać książkę, zamiast uczestniczyć w rodzinnych ploteczkach, co oznacza, że odmówię, kiedy nie chcę schabowego do ziemniaków, chociaż przypuszczalnie mamie będzie trochę przykro, bo się nagotowała (nie musiała, wie, że nie jem ziemniaków ze schabowym), co oznacza, że mając swoje zdanie na jakiś temat, wypowiem je, jeśli ktoś mnie zapyta lub sytuacja tego wymaga, nie zabiegając o aprobatę czy poklask. Nie, my (czyli ja 🙂 ) nie oszukujemy. Przecież siebie samego nie da się oszukać 🙂

    Lubię to

    1. Siebie samego oczywiście oszukać nie można ale innych owszem… Twoja postawa niestety nie pokrywa się ze sposobem bycia i życia innych… wielu ludzi odgrywa różne role stają się inni w zależności od okoliczności, w których się znajdują… wpływ otoczenia bardzo często rzutuje na to jak ludzie się zachowują – oczywiście nie dotyczy to wszystkich ale jednak wielu…

      Lubię to

      1. Wiesz, ale gdzieś pomiędzy wierszami wyczytałam i taką myśl, a być może swoje własne przemyślenie: odruchowo czujemy się komfortowo z ludźmi, którzy się z nami zgadzają. Odruchowo, instynktownie. Z tymi, którzy podobnie reagują na określone sytuacje, tymi, którzy schlebiają naszym gustom, tymi, którzy przyklaskują naszym odkrywczym pomysłom, tymi, którzy podzielają nasze poglądy. O wiele trudniej odruchowo poczuć sympatię do człowieka, który wyrazi pogląd odmienny, podważy naszą odkrywczość, reagują w naszej ocenie dziwacznie, niezrozumiale i nie starają się nam przypochlebiać. Z wiekiem moja percepcja się zmienia. Przyklaskującym i oponentom przyglądam się z większą uwagą, z życzliwym dystansem, niespiesznie. Bo często okazuje się, że ten, co teoretycznie podziela nasze poglądy, to po prostu zwykły klakier i chorągiewka, szukająca korzyści, a ten pozorny oponent i krytyk to nikt inny niż ktoś, kto nie starając się przypodobać dostrzegł i wskazał otwarcie realne ryzyko, zagrożenie. Coraz częściej innymi słowy zdarza mi się „pokochać” oponentów i krytyków niż pochlebców i deklaratywnych sprzymierzeńców.

        Lubię to

        1. Wiele w tym prawdy co napisałaś… rzeczywiście podświadomie lubimy otaczać się ludźmi, którzy spoglądają na Świat podobnie do nas samych… upodobaliśmy sobie osoby, które się z nami zgadzają i uznają nasze opinie mianem bliskich do tych, które sami prezentują… oczywiście ryzyko otaczania się ludzkimi chorągiewkami istnieje zawsze i w przypadku grona takich ludzi wyraźnie rośnie… Za kolejny powód dostrzegania pozytywnych stron oponentów i krytyków należałoby również uznać nasz ale i również naszych rozmówców rozwój – tylko sytuacja, w której odmienne poglądy się ścierają może przyczynić się do poszerzenia horyzontów i spoglądania na dany temat szerzej, a nie tylko zamykania się na jeden słuszny pogląd… czasami zdecydowanie warto ściągnąć klapki ze swoich oczu i dostrzec to czego do tej pory dostrzec nie zdołaliśmy…

          Lubię to

  2. O, to, to! :-). Rozwój. To jedno, bardzo, bardzo ważne, żeby otwierać oczy szerzej, na nieznane, inne, żeby mieć inspirację do zmian, do aktywności, do poszukiwań, do dyskursu na początku, bo z dyskursu rodzi się potrzeba poszukiwania argumentów, a tu się okazuje, że dyskurs, który pozornie (pozornie, bardzo pozornie) nas nieco przygnębia, bo może nam wykazać nasze braki, w kolejnym kroku pokazuje nam nie tylko drogi do uzupełniania, niwelowania tych braków, ale wręcz zbliża, bo szukając, odnajdujemy także przyczyny czyjejś postawy, poglądów, racji, przekonań, lepiej go więc rozumiemy, a od lepszego zrozumienia do większej bliskości już tylko krok, a więc i akceptacja, w kolejnym kroku sympatia, w kolejnym kroku wspólny kierunek i już wspólne poszukiwanie :-). A przytakujący tylko nas utwierdza w przekonaniach, sprawia, że zamykamy się w swoich przekonaniach, aż do nadęcia, nie dostrzegając, jak bardzo przez to sami siebie ograniczamy, więzimy, pętamy, ubezwłasnawalniamy i osłabiamy, spychamy w cień.

    Lubię to

    1. No właśnie jest tak jak piszesz – tylko wymiana poglądów, opinii, spostrzeżeń, wrażeń i wniosków „otwiera nam oczy”… przysłowiowe poklepywanie się po ramieniu i powtarzanie poglądów przyczynia się do stagnacji, a tym samym braku rozwoju… otaczanie się, a przynajmniej komunikowanie z ludźmi różniącymi się od nas samych mimo iż bywa niekiedy męczące to jednak przyczynia się do naszego rozwoju…

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s