W podróży zwanej życie…

Pieszo, rowerem, tramwajem, autobusem, samochodem, pociągiem, samolotem, statkiem – przemieszczamy się „z miejsca na miejsce”, a „po pewnym czasie” wracamy do miejsca, z którego wystartowaliśmy…

No i co z tego wynika…?

Pewna tendencja – wracamy do miejsca, w którym czujemy się dobrze, do miejsca, które jest nam bliskie, do miejsca, w którym obecni są ludzie dla nas najważniejsi…

W ciągu swojego życia podróżujemy przez cały Świat bywa, że odwiedzamy nawet najdalsze „jego” zakątki, a mimo to „z tyłu głowy” wciąż „podtrzymujemy przy życiu wspomnienia miejsc”, w którym kształtowało się nasze początkowe, wstępne i może jeszcze niedojrzałe „ja”…

Ciągnie nas do „domu rodzinnego” niezależnie od tego gdzie się znajdował…

Wodzimy wzrokiem po nieboskłonie od wschodu słońca aż po jego zachód… księżyc również wyznacza nam drogę, a migoczące światło gwiazd rozbudza myślenie o naszym miejscu na Ziemi poddając wątpliwości częste (s)twierdzenie, że niejako to my i tylko my jesteśmy jedynymi cywilizacyjnie rozwiniętymi mieszkańcami Wszechświata…

W podróży zwanej życie zatrzymujemy się jednego dnia na chwil kilka aby nabrać sił i odetchnąć lecz myślami jesteśmy już „jutro” targając na głowie turban utkany z problemów, wyzwań i spraw do załatwienia…

W pośpiechu sklecone zdań kilka lecz myśli niedoścignione wciąż gnają i gnają i spokoju nie dają…

Czy szukamy tematów, o których chcemy pisać lub też, na które chcemy rozmawiać…?

A może tematy znajdują nas same czyhając na podatny grunt – aby się zasiąść wygodnie, zagnieździć i kiełkować zacząć…?

Czy pisanie ma jakikolwiek sens…?

Odpowiedzieć należałoby innym pytaniem…

Czy w świetle przemijania i „chwilowości naszego życia” cokolwiek tak naprawdę sens większy ma…?

Sens życiu nadać trzeba i sensu wciąż szukać – to „stan permanentnych poszukiwań”, do których wraz z chwilą narodzin zostaliśmy zobligowani…

A gdy zaistnieje taka potrzeba musimy coś przedefiniować, a nawet „hierarchię wartości zmienić” – aby się do charakteru „konkretnego momentu życia” najlepiej jak to możliwe dostosować by w efekcie wciąż z życia umieć się cieszyć…

„Nie pytaj mnie o jutro… to za tysiąc lat…”

Miłej podróży…

Advertisements

2 uwagi do wpisu “W podróży zwanej życie…”

  1. Współczuję ludziom bezdomnym. Takim, którzy z różnych powodów nie mają gdzie wracać, nie posiadają własnego domu, własnego azylu, miejsca, do którego mogą należeć. To nie zawsze niestety jest tak, że doprowadzili do tego świadomie. Ilekroć wracam do domu bardzo zmęczona, przemoknięta lub zimą zziębnięta, zdarza mi się pomyśleć o tych, którzy nie mają takiego komfortu, nie otulą się ulubionym kocem, nie usiądą w ulubionym fotelu, nie sięgną na półkę po ulubioną książkę, wypić gorącą herbatę z ulubionego kubka.

    A co do pisania… zdecydowanie rozmowa. Dla mnie to rozmowa. Nikt tak naprawdę, nawet jeśli pisze książkę, powieść, nie pisze jej dla siebie, prowadzi rozmowę z drugim człowiekiem.

    Lubię to

    1. Brak swojego miejsca na ziemi, do którego zawsze można wrócić jest straszną sytuacją… każdy powinien mieć takie miejsce niezależnie od tego czym się w życiu zajmuje i gdzie żyje…

      To prawda pisanie to swoistego rodzaju rozmowa z czytelnikiem… znakomita większość z tego co ludzie piszą ma jakichś (potencjalnych) adresatów… pisanie może być i powinno sprawiać piszącemu przyjemność – od tego wszystko się zaczyna ale… czytelnik jest równie ważny, a niekiedy nawet ważniejszy – aby był, każdy w pewnym stopniu chce do „niego” trafić…

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s